Ulubieńcy czerwca



Miesiąc temu postanowiłam zrobić pierwszy wpis z kategorii „ulubieńców”. Bardzo fajnie pisało mi się taki przekrojowy tekst i kontynuacja stała się tylko formalnością:) Dziś zapraszam zatem na podsumowanie perfumowe kolejnego miesiąca ulubieńców.

Czerwiec zaskoczył nas pogodą w kratkę. Były i mordercze wręcz upały i dni pochmurne, deszczowe, w których temperatura oscylowała w granicach 18 stopni. Mogłam zatem odpocząć od energetycznych cytrusów i wrócić do ulubionej kategorii kwiatowej.

Na dzień

Wskutek pomyłki sprzedawcy z Allegro stałam się ponownie posiadaczką Lady Million Paco Rabanne, którą zużyłam rok temu. Nie chciało mi się bawić w odsyłanie niewłaściwego zamówienia i w sumie dobrze, bo świetnie nosiło mi się Lady Million w ciepłe dni.

I co z tego, że zapach krzyczy „plastic is fantastic” całą swoją syntetycznością? Ważne, że poprawia mi nastrój i wodzi za nos krystalicznym jaśminem. Za to ją lubię i lubić będę zawsze. Do tego parametry... ideał! Lady Million utrzymuje się cały dzień bez konieczności ponownych aplikacji.

W pochmurne dni cudownie nosiło mi się Velvet Orchid Lumiere od Toma Forda. Co ciekawe jeszcze miesiąc wcześniej zastanawiałam się nad jego sprzedażą, bo zdecydowanie bardziej lubię klasyczne Velvet Orchid... A nagle okazało się, że prawie pół butelki zniknęło nie wiadomo kiedy;) I choć strasznie nie lubię otwarcia zapachu (pierwsze pół godziny jest na mnie wybitnie ziołowo-rumowe) to potem... poezja!

Oczywiście nie zabrakło w czerwcowej garderobie perfumowej wszystkich cytrusowych zapachów na upały, które opisywałam miesiąc wcześniej tu —>klik, zwłaszcza Moschino Funny! i Aqua Allegorii Mandarine Basilic Guerlaina.

Na wieczór

Nie to, żebym uważała, że to mój faworyt na lato, ale kiedy czujesz, że perfumy zaczynają się psuć to zużywasz póki jeszcze nie emitują „pięknej” woni maggi. Tak oto czerwcowymi wieczorami, nocami i w pochmurną aurę zdenkowałam Miss Dior Le Parfum. Więcej o niej jest tu: —->klik
Na pewno do nich wrócę, bo nie znam piękniejszych balsamiczno-słodkich perfum. Już w sumie za nimi tęsknię...

Moim osobistym zaskoczeniem miesiąca okazała się poreformulacyjna wersja Chanel Coco edp. To jedyny zapach Chanel, który w obecnej, uboższej wersji podoba mi się bardziej niż w pierwotnym kształcie. Odjęto mu sporo goździkowej mocy i orientalnego charakteru, czyniąc go świeższym, bardziej noszalnym mydlano-przyprawowym aromatem już nie celującym w grupę kobiet dojrzalszych. Bardziej przypomina w swej obecnej postaci odrobinę słodszą wersję wody toaletowej, co mi akurat bardzo odpowiada... Choć fani starej Coco zapewne będą tą przemianą rozczarowani.

To były moje typy czerwcowej kapryśnej aury. Niektóre nieoczywiste lub nawet absurdalne w myśl niektórych;) Ale było mi z nimi dobrze, a to najważniejsze!

A Wy, na co postawiliście w czerwcu?