Zapachowe koszmary zimy



Nie wszystkie zapachy, które testuję lub posiadłam wskutek dziwnego trafu (wymiany perfumowe na forach tematycznych) są mi bliskie. Choć staram się tu pisać głównie o tych, które w jakiś sposób mnie urzekły - to istnieje spora grupa perfum, których nie lubię. Co ciekawe jest ona bardziej pojemna od tej z szyldem „lubię”. Rzadko jednak zdarza mi się, że czegoś wręcz nie cierpię i nie mogę znieść. Tej zimy dwa zapachy zasłużyły sobie na to miano.

Calvin Klein, CK One Shock for her

Chciałam na blogu wprowadzić nową zakładkę pod tytułem „Dobre zapachy do 100 zł” (i pewnie to zrobię), a pierwszym, którego wcześniej zresztą nie znałam - miał być CK One Shock for her. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dla tego zapachu musiałabym wprowadzić nową kategorię „Fuj!”.

Pierwsze testy. Ok. Nic specjalnego - po prostu fajny, niezobowiązujący i nie narzucający się zapach na dzień. Jednak im dalej w las (drugi, trzeci test), tym bardziej okazywało się, że nie ma w nim nic wartego szerszej uwagi. Więcej - zaczął mnie nudzić jednostajnością, sztampą i kompletnym brakiem jakiegoś kontrapunktu, czegokolwiek, co nie spowodowałoby nagłego przypływu ziewania.

Jak zatem najlepiej opisać CK One Shock for her? Cytryna, jeżyna i czekolada. Nic więcej. Można sobie tylko wyobrazić, jak pachnie połączenie cytryny z czekoladą i że nie jest to bynajmniej świetny duet. Wyszła z tego w każdym razie mdła, pudrowa cytrynowo-jeżynowa landrynka o żadnych parametrach użytkowych. Mam wrażenie, że mgiełki do ciała utrzymują się dłużej niż CK Shock for her i lepiej zainwestować kilka razy mniej w mgiełkę niż tego Kleina.

Zadig & Voltaire, This is her

W przeciwieństwie do CK One Shock - This is her ma parametry genialne, co akurat w przypadku tego zapachu chyba nie jest dobre. Dlaczego? Bo to zapach niezwykle kontrowersyjny mimo niewinnego wyglądu... i dyskusyjny, jeśli chodzi o to czy powinien narzucać się otoczeniu.

Hmmm, jak by to ująć. Połączenia syntetyku z naturalnym zapachem nie mogą być udane. I tu się to potwierdza. Syntetyczna, na wskroś chemiczna bita śmietana łączy się z drzewem sandałowym i wychodzi z tego nachalny wygenerowany przez mutację genetyczną kokos. Jeśli komuś przeszkadzał w Crystal Noir od Versace, uprzedzam - tu podniesiono go do potęgi entej.

Nie da się tego zapachu nosić. Przysięgam. A jeśli już ktoś się odważy tak jak ja - nie liczcie na pochlebne komentarze otoczenia. Moje środowisko jest przyzwyczajone do tego, że pachnę nieraz kontrowersyjnie i nawet tego nie komentuje. Jednak Zagid & Voltaire podniósł mnie do rangi osoby, koło której nikt nie odważył się przebywać.

To moje dwa osobiste koszmary tegorocznej zimy. Oba bardzo szybko znalazły nowe właścicielki drogą sprzedaży i nie mogę się nadziwić, że był na nie taki popyt, że jeszcze kilka dni po ich wysyłce kupującym, dostawałam pytania czy nadal są dostępne. W przypadku tych dwóch zapachów zawsze będę zalecała solidne, naprawdę kilkukrotne testowanie przed zakupem.... bo oba pokazały swoje złowieszcze oblicza nie od razu.

A czy u Was coś w ostatnim czasie urosło do miana koszmaru?