Premiery perfum za mało docenione - moje 3 typy

W ostatnich latach odnotowujemy zatrzęsienie premier zapachowych. Każdego roku jest ich tyle, że podejrzewam, że personel w perfumeriach sieciowych często zarywa noce zmieniając dekorację sklepu, a przeciętni użytkownicy perfum dowiadują się tylko o tych, które mają głośne kampanie reklamowe.

Wśród takiej masy nowości nie sposób przetestować wszystkich, a jeszcze trudniej wyłowić prawdziwe perełki, które nie będą klonami tego, co od lat jest na topie. Dlatego dziś nietypowo chciałabym przedstawić mój osobisty ranking 3 perfum, które zasługują na większe zainteresowanie niż to, które udało im się zdobyć.

Burberry, My Burberry

Wśród wszystkich, o których chce napisać jest najstarszy. Miał bowiem premierę w 2014 roku, choć mam wrażenie, że na polskim rynku dopiero całkiem niedawno zaczął zyskiwać popularność.

Według mnie to najlepszy zapach domu mody Burberry zarówno pod względem jakości, jak i samego pomysłu kompozycji, ale trudno się dziwić skoro stworzył go nos uznawany za jednego z guru współczesnego perfumiarstwa, czyli Francis Kurkdjian.

My Burberry to zapach skrajności - kwaśny i ciepły zarazem. Pełno w nim kontrastów i gry z konwenansami brytyjskiej poprawności. Jest to jak dotąd najwyżej pozycjonowana cenowo propozycja od Burberry - czemu nie można się dziwić porównując je choćby z The Beat, Brit czy Body, które jakością i pomysłem stoją o klasę niżej. Świetny zapach na dzień. Elegancki, całoroczny i wyróżniający się z masy „copy-paste” w mainstreamie. Kiedyś pewnie zrobię porządną recenzję zarówno jego, jak i edycji pobocznych, bo naprawdę jest tego wart.



Marc Jacobs, Decadence

Podejrzewam, że wraz z premierą Decadence w 2015 roku niektórzy po trzy razy czytali nazwę marki na flakonie, bo nie mogli uwierzyć, że projektant wylansował w końcu coś, co może się legitymować „charakterem”. Po prostych i w większości nieodkrywczych kwiatowo-owocowych kompozycjach, Decadence naprawdę zaskakuje odwagą w całej zapachowej historii marki.

Absolutnie nie zdziwiło mnie więc, że kompozycja zdobyła Fifi Award w kategorii najlepsza premiera zapachowa dla kobiet. Bo zrobić niebanalny, słodki zapach w dobie masowej gorączki na La Vie Est Belle, Si i Black Opium jest naprawdę sztuką. I tu się udało. To był naprawdę dekadencki powiew świeżości na półkach perfumerii między czołowymi hitami sprzedaży. Zadziorny, dystansujący i depresyjny zarazem, o kalibrze bomby atomowej, jeśli chodzi o parametry. I choć nie jestem wierną fanką Decadence (własny flakon sprzedałam) to życzyłabym sobie spotykać 1000 razy częściej kobiety pachnące tym nieoczywistym rodzajem słodyczy niż kolejnym Si, Black Opium, LVEB czy moim osobistym koszmarem - Tresor La Nuit.



Givenchy, Dahlia Divin Le Nectar de Parfum

Mam wrażenie, że żadna z wersji Dahlii Divin nie jest na naszym rynku popularna. Zeszłorocznej premiery Dahlia Divin Nude edp pewnie nikt nawet nie zauważył, choć w popularnej sieciówce stała na osobnym regale tuż przy wejściu. Trudno się dziwić, bo seria - choć słodka - nie krzyczy wszechobecną wanilią, nie ma porażających parametrów ani kampanii w poczytnych magazynach kobiecych i prime time’ie telewizyjnym.

Najbardziej ze wszystkich wersji Dahlii Divin lubię klasyczną edp. Bardzo do niej zbliżona jest edycja Le Nectar de Parfum, która w stosunku do pierwowzoru jest cieplejsza, z mocniej wyczuwalną owocową nutą. Zapach bardzo dyskretny, elegancki i codzienny w sezonie zimowym. Mało popularny ze względu na brak krzykliwego efektu „plastic is fantastic”. To kolejna kompozycja potwierdzająca, że można zrobić perfumy słodkie bez kopiowania hitów sprzedaży, idąc własną drogą.



To tylko trzy zapachy spośród tych, które powinny w moich oczach być bardziej popularne, aniżeli są. Na pewno na większą popularność zasługują też Bottega Veneta eau de Velours czy Twilly d’Hermes i Gucci Bloom z kategorii białokwiatowej, ale kiepskie wyniki sprzedaży tych dwóch ostatnich to raczej kwestia złego czasu premiery na polskim rynku (pod koniec wakacji zapachy stricte wiosenne?!) i myślę, że jeszcze sukces przed nimi.

A Wy, czy uważacie, że jakieś premiery ostatnich lat zasłużyły na więcej zainteresowania?