Dlaczego założyłam bloga?



Skąd mi się nagle wzięło to całe blogowanie?

Po pierwsze z potrzeby wzięcia się do kupy z czasem...

Patrząc z boku wydawać by się mogło, że grafik mam tak napięty, że na pisanie bloga powinnam znaleźć czas gdzieś tak między 22:00, a omdleniem ze zmęczenia. Bo praca na etat, urocze krajoznawcze dojazdy, codzienne meldunki w żłobku i dwulatek na stanie, który potrafi obsłużyć się w zakresie uiszczenia obiadu na ziemi i jego rozdeptywania w ramach dobrego funu. Przecież czasu mam absolutnie zero, a autentyczny stan radości osiągam, kiedy uda mi się umalować paznokcie albo nie zasnąć na przypadkowym meblu w pełnym makijażu.

A jednak prawda jest taka, że akurat taki kliniczny przypadek jak ja najlepiej potrafi się zorganizować, kiedy ma nadmiar zajęć. Bo przy nadmiarze zajęć trudno zawiesić się, jak zombie nad Facebookiem i zorientować się "po chwili", że jakieś memy, filmiki, dyskusje w niezrozumiały sposób wyrąbały właśnie w kosmos 2 godziny z życiorysu! Ale jeśli wiesz, że jeszcze masz coś do zrobienia, że nadmiar zajęć ciśnie, jak niewygodne szpilki to nagle wizyta na fejsie skraca się do oblecenia wzrokiem kluczowych kont i zostawieniu paru lajków. 10 minut i do przodu!

Nadmiar zajęć lepiej organizuje mi czas. Nie pozwala, żeby przepływał przez palce i znikał bezpowrotnie wciągnięty przez jakąś cholerną życiową ambę.

Po drugie. Lubię pisać, a nie bardzo mam gdzie.

Moje życie zawodowe przez wiele lat związane było z szeroko pojętą komunikacją. Naprodukowałam w tym czasie tyle ton papieru różnych treści, że mogłabym nim spokojnie wytapetować pokoje... połowie mieszkańców mojego osiedla. Charakter mojej pracy się zmienił z naczelnego pisarza na załatwiacza spraw niemożliwych. Zatem z pisaniem zaczęłam mieć tyle wspólnego, co ogarnięcie odpowiedzi na maile służbowe.

Zaczęłam wiec pisać recenzje perfum, jako że moja znajomość mainsteamowego rynku perfumeryjnego pozwoliła mi na całkiem sprawne ogarnięcie tematu. Żeby nie chować ich do wirtualnych szuflad (vide "Notatki" w telefonie) powstał ten blog.

Po trzecie. Rozszerzenie spektrum środowiskowego.

Od wielu lat oglądam te same twarze i wałkuję przez wszystkie litery alfabetu te same tematy. Moje życie z trybu podróżniczo-koczowniczego przeszło na tryb constans i tak sobie trwa bez gwałtownych skrętów w lewo czy prawo. Pracę mam tę samą od lat, a w niej tych samych ludzi, bo mój pracodawca jest na tyle w porządku, że raczej nikt nie biega na wyścigi z wypowiedzeniami do gabinetu prezesa.

To samo zresztą w życiu prywatnym. Grono bliskich pozostaje w niezmienionym składzie od lat. Chwilowo się rozluźnia przez nowe miłości, dzieci, śluby i te inne, żeby potem znowu zacieśniać, jak zauroczenia ostygną, a dzieci wyrosną z pieluch.

Brakuje mi nowych twarzy, zwłaszcza zapachowych freaków, u których kolekcja perfum zawierająca więcej niż 10-20 flakonów nie powoduje wyrazu politowania na obliczu. Którzy kochają, jak ja poznawać, próbować i uważają, że zapach ma boską moc sprawczą poprawiania świata (no dobra, może trochę przegięłam:)).

Zapraszam więc do mojego pachnącego świata. O którym zamierzam pisać nie tylko w ścisłym w związku z perfumami.

3, 2, 1... startujemy!

Ps. A przy tym wpisie towarzyszyła mi magiczna Miss Dior Le Parfum;)