In fragrances mainstream

Angels with dirty faces

Angel. To chyba jedyne perfumy, o których powiedziano już właściwie wszystko. Które skosiły z nóg rzesze co delikatniejszych nosów i podzieliły społeczeństwo na nienawidzących i kochających ten zapach. Bez opcji pośredniej. Trauma wielu wielbicieli gourmandów, którzy kupowali go w ciemno myśląc, że tafią na ideał czekolady... a w konsekwencji witał ich zapach zatęchłej piwnicy albo w najlepszym przypadku kamfory.

Angel Muglera w latach 2004-2006 był moim signature scent. Nie pamiętam ile zużyłam butelek, ale na pewno kilka. Uwielbiałam go. Był tak totalnie inny od wszystkich Escad czy Miss Dior Cherie, które były wtedy na topie, że naprawdę nietrudno było wybić się w jego towarzystwie z tłumu.

Po trzech latach miałam przesyt paczuli na sterydach i na baaardzo długo wykluczyłam go z kręgu zainteresowań. Czytałam jednak w międzyczasie z dużym zainteresowaniem recenzje Angela i byłam skłonna twierdzić, że 80% społeczeństwa trafiło na jego podróbki, skoro tylu recenzentów odnotowywało fakt, że pachnie miodem... Jaki miód, na litość?

Kiedyś i dziś...

Ostatnio wróciłam do Angela. Zakupiłam wersję z 2012 roku i rzeczywiście miodu jest tam tyle, że wylewa się uszami. Paczula nie straszy podmokłymi lochami, a po kamforze nie ma śladu. Z dawnego Anioła Śmierci, poniewierającego masowo zmysłami powonienia naprawdę wyrósł... Angel. Może o nieco brudnej twarzy, ale jednak. Reformulacja, pewnie nie jedna, która dotknęła go po drodze bardzo zmieniła ten zapach. Jest więc naprawdę spora szansa, że ktoś uczyni go „swoim Aniołem” w jego obecnej postaci. Jest bezpieczniejszy, słodszy i dla dotychczasowych przeciwniczek na pewno bardziej noszalny.

Różne wersje i flankery

Angel ma chyba najwięcej wersji i flankerów (edycji pobocznych) ze wszystkich znanych mi perfum. Łącznie z wersją podstawową jest ich 46! Robi wrażenie, prawda? Niektóre były seriami limitowanym i zaprzestano ich produkcji (Aqua Chic, Sunessence, Graden of stars), a niektóre mają kontynuację do dziś.

Kontynuowaną edycją flankerów jest Angel Eau Sucree. Co roku do jego rodziny dołącza kolejny egzemplarz z podobnymi składnikami, a przy nazwie zmienia się tylko rok produkcji. Następną serią, która z dużym prawdopodobieństwem będzie miała ciąg dalszy jest edycja w ozdobnych etui - Arty Cases... No, i oczywiście Angel Muse!

Moje Anioły

Moimi ulubieńcami od Muglera są Womanity, Alien Essence Absolue i Innocent. Angele jakby trochę mniej. Posiadam w kolekcji trzy i myślę, że jakoś ta linia Muglera nie będzie się u mnie szczególnie rozrastać.

Ubóstwiam niestety już nieprodukowanego Angela Le Lys z serii Garden of stars, który nosi najwięcej znamion starego, dobrego Angela, podanego jednak w przystępnej formie. Ciężar gatunkowy klasyka sprzed reformulacji osłabiła tu lilia, która - co ciekawe, w zderzeniu z takim ewenementem jak Angel, wcale nie kojarzy się cmentarnie.

Wdzięczną i lekką alternatywą Angela jest edycja Eau Sucree, która - choć początkowo za bardzo wręcz narzuca się czerwonymi jagodami - nosi się lekko i nieinwazyjnie. Gdyby nie charakterystyczny kształt gwiazdy, w życiu nie pomyślałabym, że to Angel. Zakładam więc, że może trafić w gusta osób, którym z klasykiem wybitnie nie po drodze.

Lubię Angele. Potrafię zrozumieć ich fenomen. Nie dziwię się tysiącom recenzji i skrajnym opiniom. Czego by o Angelu nie pomyśleć - w 1992 roku, roku premiery, był odwagą na miarę dekady albo nawet ćwierćwiecza. W starciu z królującymi wówczas zapachami kwiatowymi, z nieśmiertelnymi mimozą i ylang ylang na czele, po prostu porwał tłumy do wyrażania skrajnych uczuć... wobec perfum.

A Wy, lubicie Angela?





Related Articles