In fragrances mainstream

Trzy świetne zapachy Chanel na wiosnę

Dom mody Chanel mnie nie kupuje. W odwiecznej walce dwóch gigantów branży perfumeryjnej (o modowej nie wspominając) - Dior i Chanel - sercem i nosem jestem z Diorem! Właściwie nie ma w ofercie Diora zapachów, których bym nie lubiła lub choćby nie ceniła. U Chanel jest odwrotnie - mało co z ich oferty do mnie przemawia na tyle, bym chciała to nosić.

Nie jestem dziewczyną Chanel i nigdy nie będę. Nie jestem poprawna i ubrana w ramy klasyki. Rozwiane włosy i krzywo namalowane eylinerem kreski na powiekach wykluczają mnie z kręgu klienteli Chanel. Za dużo tam dopracowania i dbałości o zachowanie „prawidłowej konstrukcji”, żebym to była ja. Niemniej kilka zapachów tego domu mody lubię, ba, nawet weszłam w posiadanie dziwnymi zbiegami okoliczności. Oto moje trzy typy zapachów Chanel na wiosnę. Taką naprawdę ze słonecznym powerem!

Chanel no. 5 Elixir Sensuel


Bardzo mało znana wersja „piątki”. Już nieprodukowana, ale gdzieniegdzie można ją jeszcze kupić. Mam koncentrację perfumowanego fluidu do ciała w olejku i to w zupełności wystarczy na upalną wiosnę, bo utrzymuje się całkiem przyzwoicie (nawet nie wiem czy ta edycja była dostępna jako edp lub edt).

Sam zapach bardzo przypomina Chanel no. 5 Eau Premiere, czyli uwspółcześnioną wersję klasyka, która nie straszna nawet najmłodszemu pokoleniu. Jest odrobina cieplej ambry, charakterystyczne dla „piątki” ylang ylang i świeże, lekkie aldehydy, a wszystko to podane z odrobiną białych kwiatów, żeby dodać zapachowi wiosennego powiewu. Poezja w butelce...

Chanel no. 19 Poudre


Klasyczna „dziewiętnastka”, gdy źle się ułoży na skórze - a zdarza jej się to dość często - pachnie, jak zużyta gąbka do wycierania szkolnej tablicy. Serio, takie mam skojarzenia;)... Choć wiem, że to zasługa kapryśnego galbanum w składzie. Ta charakterystyczna woń nie jest obca też uwspółcześnionej wersji Poudre z 2011 roku, ale na szczęście zdarza jej się to tylko w chłodnych miesiącach roku. Gdy temperatura sięga 20+ stopni, no. 19 Poudre pachnie zawsze dobrze. Klasycznie, zielono-drzewnie, ale z pięknym akcentem pudrowego irysa i odrobiną szyku „białej koszuli”, który ma wpisany w DNA.

Jedyny minus no. 19 Poudre to niestety kiepskie parametry, ale w upały - przynajmniej mi - nie w głowie mocne perfumy, a właśnie takie „odświeżające mgiełki”.

Chanel, Coco Mademoiselle edt


Mademoiselle nikomu nie trzeba przedstawiać. To jeden z hitów sprzedaży ostatniej dekady, którym pachniała połowa ulicy jeszcze 7-8 lat temu. Z dostępnych wersji Mademoiselle najbardziej lubię koncentrację edt. Ma wszystko to, co w klasyku najlepsze, a dodatkowo wyposażono ją w świetlistość i lekkość typową dla wiosny czy lata. Ma też świetną trwałość i projekcję, i mimo, że mam wersję poreformulacyjną z 2015 roku, nie czuję, by odjęto jej choćby gram z dobrych parametrów (co zrobiono niestety z wersją eau de parfum).

To moje top 3 zapachów Chanel na bardzo ciepłą wiosnę lub nawet upalne lato. Wśród nich najbardziej klasyczną duszę ma no. 19 Poudre - czuć, że to stara szkoła sztuki perfumeryjnej. Wszystkie trzy nadają się zarówno do pracy, jak i na wieczory w nadmorskich kafejkach... Żadnego z nich nie widzę jednak na szalonych imprezach do białego rana. W końcu to Chanel. „Pod biały kołnierzyk” i z wypisaną w DNA klasą.

...I niech ta piękna pogoda dla Chanelek trwa i trwa, czego Wam i sobie życzę;)








Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Wpuszczona w maliny, czyli o perfumach z nutą malin

Kocham maliny w perfumach. Możecie mnie nazwać mistrzynią olfaktorycznego kiczu, trudno - przełknę to jakoś;), ale malinom nie mogę się oprzeć równie mocno, jak zapachowi jaśminu, gardenii czy tuberozy. Oczywiście nie wszystkim. Prawda jest taka, że trudno zrobić perfumy z nutą malin, które byłyby dobre i nie trąciły syntetycznością czy banałem. Bo choć zapach malin sam w sobie jest piękny, w perfumach bywa trudny i stawia przed ich twórcami duże wyzwanie: ubrać go w kompozycje zapachowe, które nie będą tandetne i plastikowe.

Całe moje perfumowe życie spędzam na poszukiwaniu maliny idealnej. Mocno wyczuwalnej, a jednak „z klasą”. Testowałam już niemal wszystko, co jest dostępne na naszym rynku i nie raz zostałam... wpuszczona w maliny. Bo nawet wielkie nazwiska „nosów”, po których wiele sobie obiecywałam zostały pokonane przez ten składnik. Póki co udało m się znaleźć 5 malinowych zapachów, które są według mnie dobre i które śmiało poleciłabym komuś, kto także szuka w perfumach maliny idealnej.

Mój absolutny nr 1: Givenchy, Hot Couture


Hot Couture to doskonały dowód na to, że można zrobić perfumy z wiodącą nutą malin, które będą miały szyk i klasę. Malina zderzyła się tu z pieprzem, wetywerią i paczulą (wyczuwam, choć producent nie deklaruje jej w składzie), co dało 100% kobiecości w butelce (wersja edp). Hot Couture został wydany w 2000 roku w dwóch koncentracjach - edp i edt - jednej bardziej dojrzałej i cięższej, drugiej lżejszej i wiosennej. Obie lubię, choć to wersja eau de parfum jest w moim top of the top.


Numer 2: Guerlain, La Petite Robe Noire Couture


Zapach został wycofany z oferty Guerlain, ale ciągle można kupić go jeszcze w niektórych perfumeriach internetowych. Mnie osobiście nie dziwi fakt zaprzestania jego produkcji, bo trudno jest utrzymywać marketingowo dwa bardzo podobne zapachy spod tego samego szyldu. Wersja Couture jest niemal wierną kopią podstawowej La Petite Robe Noire, a malina, którą tam dodano bardzo mocno bije się o palmę pierwszeństwa z czereśnią wersji podstawowej. Zapachy dla mnie, poza tym malinowym niuansem, są identyczne, co akurat mi nie przeszkadza, bo uwielbiam też „małą czarną” Guerlaina.


Numer 3: Miss Dior Absolutely Blooming


Mówi się, że ten flanker zapoczątkował upadek - bądź co bądź uroczej - serii Miss Dior, bo w ślad za nim poszła nowa wersja Miss Dior edp 2017, która na tle poprzednich jest... do bólu słodka i płaska. Wersje eau de parfum to jedyne edycje Miss Dior, których nie lubię na tyle, by je posiadać, a Absolutely Blooming owszem. Urocza, nieco dziewczęca, ale wciąż nie pozbawiona klasy kompozycja to kolejny must try dla poszukiwaczy malin. Gęsta i syropowata propozycja od Diora mimo ciężaru gatunkowego jest świetną odpowiedzią na wiosnę za oknem, więc to doskonały czas na testy.



Numer 4: Jimmy Choo, Exotic


Niewiele jest słodkich perfum, które na chwilę obecną lubię, ale dla Jimmy’ego robię wyjątek. Mało znana, w porównaniu z innymi, seria Exotic produkowana w latach 2013-2016 to kolejny żelazny kandydat do przetestowania przez wielbicielki malin. Czekoladowa paczula i maliny są tu obłędne, choć przyznać trzeba, że sam zapach jest dość prosty, łatwy i przyjemny. Ale czy nie o to czasem sobie chodzi, żeby podarować sobie odrobinę prostej przyjemności?


Te pięć zapachów to moi osobiści malinowi ulubieńcy. Testowałam wiele perfum z tą nutą jako dominantą, ale często mówiąc wprost - wychodziło słabo. Za to ta piątka na pewno nie zawodzi i jeśli chodzi o jakość, wyczuwalność tego składnika, a przede wszystkim o brak banału, którego przy malinach ciężko uniknąć...

A Wy, lubicie maliny w perfumach? A może polecacie jakieś?

Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream nisza

Zimowe podsumowanie 2018: ulubieńcy, niespodzianki...

Zima, nie tylko kalendarzowa, właśnie się skończyła, a więc przyszedł czas na podsumowanie jakiegoś etapu. Zima w tym roku przyniosła mi nie tylko zawirowania zawodowe, ale przede wszystkim zapachowe. Czas na podsumowanie sezonu zimowego anno domini 2018.

W tym roku pozbyłam się z moich półek prawie wszystkich mainstreamowych topowych słodkich zapachów. Niektóre zużyłam, a niektóre odsprzedałam. Zostawiłam tylko parę na wypadek, gdyby mi się odwidziało za jakiś czas... a w sumie każdy z nas jest trochę nieprzewidywalny;)

Ulubieńcy

Tej zimy moim absolutnym numerem 1 stała się Womanity Muglera. Gdyby policzyć wszystkie dni zimy okazałoby się, że połowę z nich spędziłam w towarzystwie Womanity, a drugą połowę tęskniąc za nią. Jednak uważam za zdrowe nie nosić ustawicznie jednego zapachu, żeby nie mieć jego przesytu. Co ciekawe zawsze lubiłam Womanity, ale wiosną, a to właśnie zima jest jej najlepszym czasem, jak okazało się w tym roku. W zimie naprawdę pokazuje całe piękno, fantastycznie się rozwija i przełamuje bariery niechęci otoczenia wobec niej... bo staje się bardziej pudrowa i noszalna.

Poza Womanity w kalejdoskopie najczęściej noszonych zapachów znalazły się też inne spod szyldu Muglera - Angel, Angel Le Lys, Innocent i Alien. Ten ostatni zaskoczył mnie samą, bo nigdy dotąd za klasycznym, podstawowym Alienem nie przepadałam.

Totalnie miłym zaskoczeniem było dla mnie też Montale Intense Tiare - ciasteczkowa, słodko-pudrowa gardenia z kokosem, która także okazała się zimowym strzałem w dziesiątkę, mimo że ze względu na gardenię i kokosa w nutach wiodących mogłaby się wydawać zapachem typowo wiosenno-letnim. Nic bardziej mylnego. Zimą sprawdzała się super, a porażające parametry dbały o jej obecność cały dzień.

Rozstania

Przestały mnie zupełnie „kręcić” zapachy Lutensa. Wszystkie, które posiadałam sprzedałam lub wymieniłam na inne. Serge Lutensa cenię i zawsze pewnie będę cenić za większość jego oferty rynkowej, jednak nie lubię posiadać perfum tylko dlatego, żeby stały, bo nie mam duszy kolekcjonera, a przestałam dla Lutensa po prostu znajdować okazje.

Straszną pomyłką okazał Zadig & Voltaire This is her, po którym obiecywałam sobie wiele. Miał być niebanalnym gourmandem, który wyróżni się z tłumu, a okazał się chemicznym dziwadłem, choć wierzę, że może inna skóra mu sprzyja bardziej niż moja. W każdym razie stał się jednym z koszmarów zimy w moim (na szczęście krótkim) rankingu wtop sezonu, a pisałam o nich —> TU (klik).

Niespodzianka

W życiu nie spodziewałam się, że mogłabym zakumplować się z La Vie Est Belle. Stalo się tak nie tylko dlatego, że w końcu przestała mnie prześladować na każdym kroku (nie czuję jej już w otoczeniu), ale przeszła - moim zdaniem korzystną - reformulację. Dzięki niej w końcu zaczęłam zauważać uroki tego zapachu, a nie tylko jego tytaniczną trwałość i siłę rażenia. Po zmianie parametrów i wyostrzeniu nut kwiatowo-owocowych naprawdę czuć, że jest to zapach, który ma pomysł i zaczynam dostrzegać drugie dno jego sukcesu. Choć nigdy nie znajdzie się w gronie moich „top” to mimo wszystko będę go nosić od czasu do czasu z przyjemnością... zwłaszcza, że był prezentem od kogoś bliskiego.

Zima zatem była dla mnie czasem przewrotów i zmian hate-love w przypadku niektórych zapachów. Ja i La Vie Est Belle czy Alien?! Litości! Jeszcze pół roku temu w takie egzotyczne zestawienie w życiu bym nie uwierzyła. Jednak dla takich właśnie przypadków ktoś kiedyś powiedział „never say never”... i był to mądry gość;)

A Wam zima przyniosła jakąś zapachową fascynację albo zmianę w odbiorze zapachu?





Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream nisza

Zapachowe koszmary zimy

Nie wszystkie zapachy, które testuję lub posiadłam wskutek dziwnego trafu (wymiany perfumowe na forach tematycznych) są mi bliskie. Choć staram się tu pisać głównie o tych, które w jakiś sposób mnie urzekły - to istnieje spora grupa perfum, których nie lubię. Co ciekawe jest ona bardziej pojemna od tej z szyldem „lubię”. Rzadko jednak zdarza mi się, że czegoś wręcz nie cierpię i nie mogę znieść. Tej zimy dwa zapachy zasłużyły sobie na to miano.

Calvin Klein, CK One Shock for her

Chciałam na blogu wprowadzić nową zakładkę pod tytułem „Dobre zapachy do 100 zł” (i pewnie to zrobię), a pierwszym, którego wcześniej zresztą nie znałam - miał być CK One Shock for her. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dla tego zapachu musiałabym wprowadzić nową kategorię „Fuj!”.

Pierwsze testy. Ok. Nic specjalnego - po prostu fajny, niezobowiązujący i nie narzucający się zapach na dzień. Jednak im dalej w las (drugi, trzeci test), tym bardziej okazywało się, że nie ma w nim nic wartego szerszej uwagi. Więcej - zaczął mnie nudzić jednostajnością, sztampą i kompletnym brakiem jakiegoś kontrapunktu, czegokolwiek, co nie spowodowałoby nagłego przypływu ziewania.

Jak zatem najlepiej opisać CK One Shock for her? Cytryna, jeżyna i czekolada. Nic więcej. Można sobie tylko wyobrazić, jak pachnie połączenie cytryny z czekoladą i że nie jest to bynajmniej świetny duet. Wyszła z tego w każdym razie mdła, pudrowa cytrynowo-jeżynowa landrynka o żadnych parametrach użytkowych. Mam wrażenie, że mgiełki do ciała utrzymują się dłużej niż CK Shock for her i lepiej zainwestować kilka razy mniej w mgiełkę niż tego Kleina.

Zadig & Voltaire, This is her

W przeciwieństwie do CK One Shock - This is her ma parametry genialne, co akurat w przypadku tego zapachu chyba nie jest dobre. Dlaczego? Bo to zapach niezwykle kontrowersyjny mimo niewinnego wyglądu... i dyskusyjny, jeśli chodzi o to czy powinien narzucać się otoczeniu.

Hmmm, jak by to ująć. Połączenia syntetyku z naturalnym zapachem nie mogą być udane. I tu się to potwierdza. Syntetyczna, na wskroś chemiczna bita śmietana łączy się z drzewem sandałowym i wychodzi z tego nachalny wygenerowany przez mutację genetyczną kokos. Jeśli komuś przeszkadzał w Crystal Noir od Versace, uprzedzam - tu podniesiono go do potęgi entej.

Nie da się tego zapachu nosić. Przysięgam. A jeśli już ktoś się odważy tak jak ja - nie liczcie na pochlebne komentarze otoczenia. Moje środowisko jest przyzwyczajone do tego, że pachnę nieraz kontrowersyjnie i nawet tego nie komentuje. Jednak Zagid & Voltaire podniósł mnie do rangi osoby, koło której nikt nie odważył się przebywać.

To moje dwa osobiste koszmary tegorocznej zimy. Oba bardzo szybko znalazły nowe właścicielki drogą sprzedaży i nie mogę się nadziwić, że był na nie taki popyt, że jeszcze kilka dni po ich wysyłce kupującym, dostawałam pytania czy nadal są dostępne. W przypadku tych dwóch zapachów zawsze będę zalecała solidne, naprawdę kilkukrotne testowanie przed zakupem.... bo oba pokazały swoje złowieszcze oblicza nie od razu.

A czy u Was coś w ostatnim czasie urosło do miana koszmaru?



Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Zmieniono La Vie Est Belle! O nowej i starej wersji zapachu

La Vie Est Belle. Zapach-tortura dla sporej części społeczeństwa, która była zmuszona z nim podróżować środkami zbiorowej komunikacji i siedzieć w niewielkich pokojach. To taka lalka Chucky, która choć pachnie niewinnie, stała się bohaterem horrorów z duszeniem ludzi, jako motywem przewodnim. Jest jednak dobra wiadomość dla tych, którzy z płonącą w oczach nienawiścią pomstowali na wszechobecność La Vie Est Belle. Otóż, przeszedł on reformulację, wskutek której zabrano mu sporo werwy. Jaka jest różnica między starą a nową edycją La Vie Est Belle? Przeczytajcie!

Stare i nowe wersje La Vie Est Belle na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie. Dopiero przyglądając się detalom flakonów można dostrzec jedną istotną różnicę. Stare wersje mają na atomizerze graficzny znak firmy Lancome - różę; nowe napis „La vie est belle”. Kiedy wprowadzono tę zmienę i jednoczenie zmodyfikowano zapach trudno mi powiedzieć, ale najprawdopodobniej był to rok 2016.

Nowa wersja La Vie Est Belle jest bardziej subtelna, delikatna i można by powiedzieć taka light. Odchudzono ją bardzo mocno z parametrów, ale też zrównoważono i idealnie zbilansowano w porównaniu z poprzednią edycją. Tak jak w starej La Vie Est Belle w otwarciu królowała porzeczka z bardzo pudrowym irysem i delikatnym tonem paczuli, tak w nowej bardzo wyraźnie daje o sobie znać akord owocowo-kwiatowy z porzeczką, kwiatem pomarańczy i brzoskwinią na czele. Silniej czuć też paczulę i fasolę tonka zaraz po aplikacji perfum. Potem, gdy zapach się rozwija, jest właściwie podobnie. Obie wersje zamieniają się w puchaty pudrowo-pralinowo-waniliowy zapach, który trwa i trwa linearnie do samego końca.

Nowa wersja La Vie Est Belle jest tym, czym według mnie powinna być od początku. Intymnym poprawiaczem nastroju, który nie psuje nastroju otoczeniu, pozostając blisko użytkowniczki bez przypadkowych ofiar w ludziach. Jest słabsza, jeśli chodzi o trwałość (około 5 godzin), nie ma też dawnej zabójczej projekcji, ponieważ ta po około 120 minutach staje się bliskoskórna i czuje ją tylko osoba nosząca.

Pamiętam jedną sytuację związaną ze starą wersją La Vie Est Belle bardzo dotkliwie. Prasowałam kiedyś ubrania, a ciepło i para z żelazka rozprowadzały po otoczeniu zapach La Vie Est Belle, który miałam wtedy na sobie od kilku godzin. Buchający wraz z parą zapach perfum atakował mnie tak, że myślałam, że padnę trupem przy desce, a 45-minutowe prasowanie przypłaciłam gigantycznym bólem głowy. Dlatego dla mnie osobiście „życie jest piękne” z nową wersją La Vie Est Belle i bardzo się cieszę, że w końcu uczyniono z niego zapach dyskretny, czym w mojej opinii powinien być od samego początku. Jednak rozumiem oczywiście zamysł twórców, jako odpowiedź na społeczne oczekiwania. Wielu użytkowników perfum ma bowiem silną potrzebę zabójczej emanacji zapachem.

Osłabienie La Vie Est Belle to dobra wiadomość dla tych z Was, które czuły się przysypane toną cukru pudru (lub waty cukrowej) uczestnicząc w życiu publicznym z wielbicielką tego zapachu. Zła dla tych, które uwielbiały moc i potęgę dawnej wersji. Mi osobiście nowa podoba się o wiele bardziej! Ale to moje, pewnie bardzo odosobnione, zdanie w masie narzekań na pogorszenie parametrów.

Ja od dawna nie czuję La Vie Est Belle w otoczeniu, co pewnie jest skutkiem zmiany jakości. Jestem ciekawa czy Wy też... ?






Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Premiery perfum za mało docenione - moje 3 typy

W ostatnich latach odnotowujemy zatrzęsienie premier zapachowych. Każdego roku jest ich tyle, że podejrzewam, że personel w perfumeriach sieciowych często zarywa noce zmieniając dekorację sklepu, a przeciętni użytkownicy perfum dowiadują się tylko o tych, które mają głośne kampanie reklamowe.

Wśród takiej masy nowości nie sposób przetestować wszystkich, a jeszcze trudniej wyłowić prawdziwe perełki, które nie będą klonami tego, co od lat jest na topie. Dlatego dziś nietypowo chciałabym przedstawić mój osobisty ranking 3 perfum, które zasługują na większe zainteresowanie niż to, które udało im się zdobyć.

Burberry, My Burberry

Wśród wszystkich, o których chce napisać jest najstarszy. Miał bowiem premierę w 2014 roku, choć mam wrażenie, że na polskim rynku dopiero całkiem niedawno zaczął zyskiwać popularność.

Według mnie to najlepszy zapach domu mody Burberry zarówno pod względem jakości, jak i samego pomysłu kompozycji, ale trudno się dziwić skoro stworzył go nos uznawany za jednego z guru współczesnego perfumiarstwa, czyli Francis Kurkdjian.

My Burberry to zapach skrajności - kwaśny i ciepły zarazem. Pełno w nim kontrastów i gry z konwenansami brytyjskiej poprawności. Jest to jak dotąd najwyżej pozycjonowana cenowo propozycja od Burberry - czemu nie można się dziwić porównując je choćby z The Beat, Brit czy Body, które jakością i pomysłem stoją o klasę niżej. Świetny zapach na dzień. Elegancki, całoroczny i wyróżniający się z masy „copy-paste” w mainstreamie. Kiedyś pewnie zrobię porządną recenzję zarówno jego, jak i edycji pobocznych, bo naprawdę jest tego wart.


Marc Jacobs, Decadence

Podejrzewam, że wraz z premierą Decadence w 2015 roku niektórzy po trzy razy czytali nazwę marki na flakonie, bo nie mogli uwierzyć, że projektant wylansował w końcu coś, co może się legitymować „charakterem”. Po prostych i w większości nieodkrywczych kwiatowo-owocowych kompozycjach, Decadence naprawdę zaskakuje odwagą w całej zapachowej historii marki.

Absolutnie nie zdziwiło mnie więc, że kompozycja zdobyła Fifi Award w kategorii najlepsza premiera zapachowa dla kobiet. Bo zrobić niebanalny, słodki zapach w dobie masowej gorączki na La Vie Est Belle, Si i Black Opium jest naprawdę sztuką. I tu się udało. To był naprawdę dekadencki powiew świeżości na półkach perfumerii między czołowymi hitami sprzedaży. Zadziorny, dystansujący i depresyjny zarazem, o kalibrze bomby atomowej, jeśli chodzi o parametry. I choć nie jestem wierną fanką Decadence (własny flakon sprzedałam) to życzyłabym sobie spotykać 1000 razy częściej kobiety pachnące tym nieoczywistym rodzajem słodyczy niż kolejnym Si, Black Opium, LVEB czy moim osobistym koszmarem - Tresor La Nuit.


Givenchy, Dahlia Divin Le Nectar de Parfum

Mam wrażenie, że żadna z wersji Dahlii Divin nie jest na naszym rynku popularna. Zeszłorocznej premiery Dahlia Divin Nude edp pewnie nikt nawet nie zauważył, choć w popularnej sieciówce stała na osobnym regale tuż przy wejściu. Trudno się dziwić, bo seria - choć słodka - nie krzyczy wszechobecną wanilią, nie ma porażających parametrów ani kampanii w poczytnych magazynach kobiecych i prime time’ie telewizyjnym.

Najbardziej ze wszystkich wersji Dahlii Divin lubię klasyczną edp. Bardzo do niej zbliżona jest edycja Le Nectar de Parfum, która w stosunku do pierwowzoru jest cieplejsza, z mocniej wyczuwalną owocową nutą. Zapach bardzo dyskretny, elegancki i codzienny w sezonie zimowym. Mało popularny ze względu na brak krzykliwego efektu „plastic is fantastic”. To kolejna kompozycja potwierdzająca, że można zrobić perfumy słodkie bez kopiowania hitów sprzedaży, idąc własną drogą.


To tylko trzy zapachy spośród tych, które powinny w moich oczach być bardziej popularne, aniżeli są. Na pewno na większą popularność zasługują też Bottega Veneta eau de Velours czy Twilly d’Hermes i Gucci Bloom z kategorii białokwiatowej, ale kiepskie wyniki sprzedaży tych dwóch ostatnich to raczej kwestia złego czasu premiery na polskim rynku (pod koniec wakacji zapachy stricte wiosenne?!) i myślę, że jeszcze sukces przed nimi.

A Wy, czy uważacie, że jakieś premiery ostatnich lat zasłużyły na więcej zainteresowania?


Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream praca

Perfumowe refleksje

Ostatnio w moim życiu zawodowym nastąpiło krótkie odcięcie pępowiny jednym ruchem. Po prawie 7 latach pożegnaliśmy się z moim pracodawcą. To dało mi fajnego kopa do przemyśleń na temat lat spędzonych w firmie, tego, w czym jestem dobra i w jakim kierunku chciałabym w przyszłości się realizować. Ale ponieważ „po godzinach” włącza mi się myślenie blogowo-perfumowe, nie obyło się też bez refleksji zapachowych przy okazji tego rozstania, a zatem…

Bardzo się cieszę, że parę osób w pracy udało mi się zarazić pasją wąchania i testowania. Eksperymentowaniem z nowymi perfumami i odwagą, żeby spróbować czegoś innego niż zapach używany przez nie od lat. Świetnie się czułam, gdy mogłam doradzić komuś coś, co okazało się zapachowym strzałem w 10-tkę albo chociaż skierować zainteresowanych do tańszych źródeł pozyskiwania perfum, czyli do zaufanych perfumerii internetowych.

Perfumowe odkrycia

W tej pracy odkryłam mój signature scent, którym został Alien Essence Absolue Muglera – absolutnie nienoszalny do biura ze względu na potworną moc (mam starą wersję), a przy którym na pewno zostanę na lata. Użyłam go właściwie raz do pracy, a konkretnie w delegację służbową i po blisko 4 godzinach od wyjścia z domu, gdy dotarłam do miejsca docelowego – pierwszym, o co zapytał mój kontrahent był właśnie zapach, którego używam.

Okazało się też, że znalazłam osobisty „stresowstrzymywacz”, który pomagał mi w momentach nadmiaru pracy, pośpiechu albo złego nastroju. To Gucci Guilty, który nigdy nie należał do ścisłego grona moich ulubieńców, a jednak okazał się fantastyczny na ciężkie momenty. Zwłaszcza w okresie jesiennej szarugi i paskudnego krajobrazu końca zimy. Był lekkim powiewem wiosny, na adekwatnej dla zimnych pór roku ciepłej bazie. Dawał zastrzyk optymizmu i energii. I choć pomstowałam, że więcej go nie kupię właśnie dlatego, że nie należy do grona ulubieńców to jednak w kontekście pozostałości kilku mililitrów na dnie jest mi żal, że mogę go nie mieć – zwłaszcza jako antidotum na nadchodzący posępny widok za oknem, jaki przynoszą marzec i kwiecień.

Przekonałam się też, że niektóre z moich zapachów to typowi „łapacze komplementów”. Zawsze, gdy nimi pachniałam ktoś w pracy odnotowywał je pozytywnymi komentarzami. Na szczycie najczęściej komplementowanych znalazły się Gucci Guilty i niespodziewanie, bo to nie jest łatwy zapach – Miss Dior Le Parfum. Sporo pozytywnych opinii odnotowały też Poison Girl edt, Lady Million Paco Rabanne i Baiser Vole Cartiera, ale tego można się było spodziewać, bo wszystkie trzy to zapachy łatwe i przyjemne, które na ogół się podobają.

Absolutnie nie do biura

Dzięki bliskiemu sąsiedztwu innych biurek okazało się, że niektóre z moich perfum bardzo utrudniają życie współpracownikom. Kilka z moich zapachów było tak inwazyjnych, że odbierały innym moc koncentracji, a nawet zdolność oddychania:) Żeby była jasność – nigdy nie nadużywam perfum do pracy, a krążenie z butelką, jak orbita wokół własnego ciała jest mi obce. Mimo wszystko jednak porażające paramenty niektórych zapachów z mojej półki dały się współpracownikom we znaki. Co ciekawe najczęściej tych, których ja właściwie wcale na sobie nie czułam (i tutaj potwierdza się prawdziwość teorii, że jeśli bardzo lubisz pewne zapachy, do tego wręcz stopnia, że stają się częścią Ciebie – wcale ich nie czujesz).

Nigdy nie zapomnę, jak kolega z pokoju na zmianę robił się na twarzy purpurowy i bladosiny. Sprawiał wrażenie, jakby miotały nim ostre torsje i problem z odwodnieniem. Wglądał na tyle kiepsko, że w końcu zapytałam czy wszystko w porządku, a w odpowiedzi usłyszałam, że to przez moje perfumy… I to był moment, po którym już nigdy nie użyłam ich do pracy. Co ciekawe po wielu innych zapachach mogłam spodziewać się takiej reakcji, ale ten zawsze wydawał mi się na tyle przyjemny i nieinwazyjny, że w życiu nie posądziłabym go o taką siłę negatywnego rażenia. Chodzi o Chloe edp.

Mordercami spokojnego oddechu okazały się też DKNY Delicious Night, po użyciu którego wszyscy gremialnie rzucili się do okien, żeby wietrzyć pomieszczenie i Montale Intense Tiare. Że Montale słynie z piekielnej mocy – wiadomo, ale że ze swoją projekcją wchodzi do sąsiednich pomieszczeń okazało się dopiero wtedy, kiedy kolejne osoby przychodziły do mojego pokoju, pytając co tak pachnie. Mimo, że się podobał, nie miałam odwagi przychodzić jego towarzystwie do pracy.

Za starą wersję Womanity też dostałam upomnienie, co potwierdza opinię o tym, że dawne roczniki „Muglerów” mają szatańską moc. Co ciekawe akurat ten zapach zawsze aplikowałam jeszcze bardziej oszczędnie niż mam w zwyczaju, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że naprawdę jest tytanem siły rażenia, a mimo wszystko było go czuć za mocno… I ostatecznie skończył, jak powyższe, czyli skreśleniem z listy „do pracy”.

Padały też antykomplementy, a jakże! Chyba najbardziej oberwało się Opium Vapeurs de Parfum i Chloe Love eau Florale. Po użyciu pierwszego z nich usłyszałam: „Jaki staromodny zapach. Pachniesz, jak starsza pani w radzieckim kożuchu”. Chloe Love eau Florale dostało się mniej więcej coś takiego: „Co tu tak śmierdzi?! A nie, poczekaj – w pierwszym momencie śmierdziało. Teraz, jak wącham to nawet da się znieść… z ledwością”:)

Zapachowo było zatem czasem wesoło i… bardzo intensywnie. Fajnie, że wielu osobom z mojej byłej firmy będę zawsze we wspomnieniach kojarzyć się jako „perfumowy freak” (choć pewnie nie tylko perfumowy;)). A, i słowa na pożegnanie niektórych były wyjątkowo pachnące. Jedne szczególnie utkwiły mi w pamięci: „Przykro mi, że już nie będzie Cię czuć”.

Teraz czas, żeby zacząć pisać nowy rozdział, nie tylko perfumowy…



Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream nisza

O perfumeriach internetowych i replikach perfum...

Po raz kolejny, tym razem na stronie sprzedaży perfum na Facebooku, rozgorzała dyskusja na temat tego czy w perfumeriach internetowych są sprzedawane oryginały. Administratorzy po paru godzinach wyłączyli możliwość komentowania tego postu. Wcale się nie dziwię, bo u mnie - mimo, że nie jestem ambasadorką żadnej perfumerii internetowej - wystąpiła piana na ustach po przeczytaniu opinii domorosłych znawców, jakoby czołowa perfumeria internetowa handlowała podróbkami. Wiem, że temat był już odmieniany przez wszystkie przypadki, ale może jest potrzebny jeszcze jeden głos w dyskusji, żeby takie oskarżenia nie krążyły po sieci.

Argument: Zapach jest o 40% tańszy niż w perfumerii stacjonarnej, więc to musi być podróbka.

Oczywiście zdarzają się w internecie repliki perfum, ale nigdy na taką nie trafiłam, bo zaopatruje się w zaufanych perfumeriach internetowych. Korzystałam z oferty kilku i od żadnej nigdy nie zdarzyło mi się dostać nieoryginalnych perfum.

A dlaczego w perfumeriach internetowych jest taniej? Bo w ich przypadku odpadają gigantyczne koszty utrzymania, jakie ponosi perfumeria stacjonarna, jak wynajem powierzchni w galeriach handlowych, zatrudnianie dwóch zmian personelu i opłaty eksploatacyjne... A nie muszę mówić, że i te ostatnie potrafią „dać po kieszeni”, bo każdy sklep perfumerii sieciowej używa trzy razy za mocnego oświetlenia, które zresztą perfumom nie służy, o czym możemy się przekonać wąchając nie raz zepsute testery.

Warto też pamiętać, że perfumerie internetowe sprzedają testery, czego nie wolno robić perfumeriom stacjonarnym. Każdą złotówkę zarobioną na sprzedaży otrzymanego gratis testera, perfumeria internetowa może zatem odjąć od ceny pełnowartościowego produktu tak, by była ona jeszcze atrakcyjniejsza.

Trzecia sprawa, że perfumeriom internetowym odpadają gigantyczne koszty marketingu. Poza jedną, nie inwestują w kosztowne reklamy telewizyjne, prasę kobiecą, katalogi insertowane do gazet czy materiały POS na terenie sklepu... i wszystkich ludzi, którzy przy tym pracują.

Argument: Zapach z perfumerii internetowej jest mniej trwały. To na pewno podróbka.

Zanim oskarżysz perfumerię internetową, która cieszy się świetną renomą o sprzedaż podrabianych perfum - przetestuj ten sam zapach w perfumerii stacjonarnej.

Prawda jest taka, że każdy producent prędzej czy później dokonuje tzw. reformulacji zapachu. Oznacza to mniej więcej tyle, że poza - często kosmetyczną zmianą składu - osłabia też parametry użytkowe perfum - trwałość i projekcję. To typowy „chwyt sprzedażowo-psychologiczny”... bo im krócej utrzymuje się zapach, tym częściej trzeba ponawiać aplikację. Tym samym szybciej zużywa się flakon i kupuje następny.

Dlatego, jeśli uda mi się kupić jakąś pierwszą wersję zapachu to nawet, jeśli okresowo go nie używam - nie sprzedaję tylko przechowuję we właściwy sposób „na czarną godzinę”, bo kiedy po latach zechcę do niego wrócić może się okazać, że nowa edycja pachnie... godzinę.

Reformulacji dokonuje 95% producentów perfum. Wśród nich chlubnym wyjątkiem - przynajmniej spośród mi znanych - jest właściwie tylko Chloe, bo na którąkolwiek edycję ich zapachów, zwłaszcza podstawowej linii, nie trafiłabym w perfumerii - jakość parametrów jest zawsze świetna.

Jak się ustrzec przed zakupem nieoryginalnych perfum?

Po pierwsze trzeba kierować się ograniczonym zaufaniem i czujnością co do ceny. Handel podrabianymi perfumami rozkwita głównie na Allegro i OLX, choć pewnie była kiedyś perfumeria internetowa, która dopuszczała się tego procederu. W dobie internetu, gdzie każdy może wyrazić opinię - sprzedawcy oszukujący klientów szybko idą na dno, bo zła opinia nie znika z sieci. Opinie o perfumeriach można sprawdzić w każdej porównywarce cen, a o Allegrowiczu w jego komentarzach z przeprowadzonych transakcji.

Należy się też wystrzegać tzw. okazji. Tester perfum, który w perfumeriach internetowych kosztuje 350 zł, a na innej platformie sprzedażowej 120 zł na pewno nie jest oryginalny! Ponad 90% podróbek występuje właśnie pod postacią „testerów”, więc zawsze w przypadku zakupu testera należy zachowywać szczególną czujność... zwłaszcza, jeśli sprzedawca ma w asortymencie tylko testery. Tester jest dodatkiem do partii produktów handlowych zatem żadna z rzetelnych perfumerii nie będzie sprzedawać tylko testerów, bo to po prostu niemożliwe, żeby mieć testery bez pełnowartościowych zafoliowanych produktów.

Perfumerie internetowe są okay. Tak samo zresztą jak stacjonarne. Wybór opcji zakupu zależy tylko od zasobności portfela i preferowanej formy robienia zakupów. Perfumerie internetowe są na moje wielkie „tak” i w każdej dyskusji na ich temat będę bronić przynajmniej tych, które latami nie zawiodły mojego zaufania.

A Wy, gdzie najczęściej kupujecie perfumy?









Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Angels with dirty faces

Angel. To chyba jedyne perfumy, o których powiedziano już właściwie wszystko. Które skosiły z nóg rzesze co delikatniejszych nosów i podzieliły społeczeństwo na nienawidzących i kochających ten zapach. Bez opcji pośredniej. Trauma wielu wielbicieli gourmandów, którzy kupowali go w ciemno myśląc, że tafią na ideał czekolady... a w konsekwencji witał ich zapach zatęchłej piwnicy albo w najlepszym przypadku kamfory.

Angel Muglera w latach 2004-2006 był moim signature scent. Nie pamiętam ile zużyłam butelek, ale na pewno kilka. Uwielbiałam go. Był tak totalnie inny od wszystkich Escad czy Miss Dior Cherie, które były wtedy na topie, że naprawdę nietrudno było wybić się w jego towarzystwie z tłumu.

Po trzech latach miałam przesyt paczuli na sterydach i na baaardzo długo wykluczyłam go z kręgu zainteresowań. Czytałam jednak w międzyczasie z dużym zainteresowaniem recenzje Angela i byłam skłonna twierdzić, że 80% społeczeństwa trafiło na jego podróbki, skoro tylu recenzentów odnotowywało fakt, że pachnie miodem... Jaki miód, na litość?

Kiedyś i dziś...

Ostatnio wróciłam do Angela. Zakupiłam wersję z 2012 roku i rzeczywiście miodu jest tam tyle, że wylewa się uszami. Paczula nie straszy podmokłymi lochami, a po kamforze nie ma śladu. Z dawnego Anioła Śmierci, poniewierającego masowo zmysłami powonienia naprawdę wyrósł... Angel. Może o nieco brudnej twarzy, ale jednak. Reformulacja, pewnie nie jedna, która dotknęła go po drodze bardzo zmieniła ten zapach. Jest więc naprawdę spora szansa, że ktoś uczyni go „swoim Aniołem” w jego obecnej postaci. Jest bezpieczniejszy, słodszy i dla dotychczasowych przeciwniczek na pewno bardziej noszalny.

Różne wersje i flankery

Angel ma chyba najwięcej wersji i flankerów (edycji pobocznych) ze wszystkich znanych mi perfum. Łącznie z wersją podstawową jest ich 46! Robi wrażenie, prawda? Niektóre były seriami limitowanym i zaprzestano ich produkcji (Aqua Chic, Sunessence, Graden of stars), a niektóre mają kontynuację do dziś.

Kontynuowaną edycją flankerów jest Angel Eau Sucree. Co roku do jego rodziny dołącza kolejny egzemplarz z podobnymi składnikami, a przy nazwie zmienia się tylko rok produkcji. Następną serią, która z dużym prawdopodobieństwem będzie miała ciąg dalszy jest edycja w ozdobnych etui - Arty Cases... No, i oczywiście Angel Muse!

Moje Anioły

Moimi ulubieńcami od Muglera są Womanity, Alien Essence Absolue i Innocent. Angele jakby trochę mniej. Posiadam w kolekcji trzy i myślę, że jakoś ta linia Muglera nie będzie się u mnie szczególnie rozrastać.

Ubóstwiam niestety już nieprodukowanego Angela Le Lys z serii Garden of stars, który nosi najwięcej znamion starego, dobrego Angela, podanego jednak w przystępnej formie. Ciężar gatunkowy klasyka sprzed reformulacji osłabiła tu lilia, która - co ciekawe, w zderzeniu z takim ewenementem jak Angel, wcale nie kojarzy się cmentarnie.

Wdzięczną i lekką alternatywą Angela jest edycja Eau Sucree, która - choć początkowo za bardzo wręcz narzuca się czerwonymi jagodami - nosi się lekko i nieinwazyjnie. Gdyby nie charakterystyczny kształt gwiazdy, w życiu nie pomyślałabym, że to Angel. Zakładam więc, że może trafić w gusta osób, którym z klasykiem wybitnie nie po drodze.

Lubię Angele. Potrafię zrozumieć ich fenomen. Nie dziwię się tysiącom recenzji i skrajnym opiniom. Czego by o Angelu nie pomyśleć - w 1992 roku, roku premiery, był odwagą na miarę dekady albo nawet ćwierćwiecza. W starciu z królującymi wówczas zapachami kwiatowymi, z nieśmiertelnymi mimozą i ylang ylang na czele, po prostu porwał tłumy do wyrażania skrajnych uczuć... wobec perfum.

A Wy, lubicie Angela?




Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream

2017 perfumowo - moje podsumowanie

Koniec roku zawsze skłania do podsumowań. Fajnie jest spojrzeć wstecz na całe 12 miesięcy i uświadomić sobie, że minęły kolejne 365 dni, które przyniosły nowe doświadczenia i wiedzę o sobie, nawet jeśli nie zawsze było różowo.

Perfumowo ten rok był dla mega ciekawy, przetestowałem morza próbek, poznałam sporo unikatów wycofanych z produkcji i przejechałam się na reaktywowanym L’Instant Magic Guerlaina, który odarto z magii, jaką kiedyś posiadał. Jeśli zaś chodzi o premiery w mainstreamie anno domini 2017 - na pewno nie okazały się tak spektakularne, jak to wieściły ich kampanie reklamowe. I choć uważam za przyjemnie i Mon Guerlain, i Aurę Muglera, i Gabrielle Chanel, a nawet ulepne Because It’s You Armaniego to myślę, żadna z tych premier nie ma szansy wejść do kanonu sztuki perfumeryjnej.

Jak zatem podsumować rok 2017, jeśli żaden wylansowany w mijającym roku zapach nie zwalił mnie z nóg? Zrobię to po swojemu, czyli napiszę o moich osobistych hitach tego roku.

WIOSNA

Wiosna bardzo mnie zaskoczyła zapachowo, bo pokierowała mnie w rejon, którego dotąd nie lubiłam - róże. Jestem chyba jedyną osobą na świecie, która nie lubi zapachu róż, w perfumach szczególnie. Tymczasem moją wiosnę zdominowały zapachy różane - Chloe edp i Miss Dior Blooming Bouquet (choć ten drugi bardziej piwoniowo-różany). To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że każdy musi trafić na odpowiednie wyrażenie tej nuty w perfumach. Okazało się, że „moja róża” jest świeża i świetlista, raczej różowa niż czerwona.

Zważając na ich charakter - Chloe i Blooming Bouquet - to zapachy stworzone raczej z myślą o młodych kobietach. Ale ponieważ perfumy nie zaglądają nikomu w metrykę - nie ma sensu wtórować konwenansom. Moja wiosna dzięki nim była jeszcze piękniejsza i bardziej radosna... I myślę, że jeszcze nie jedną z przyjemnością spędzę w ich towarzystwie.

LATO

Lato stanęło u mnie pod znakiem następnego zapachu spod szyldu Chloe - L’eau de Chloe. To nowoczesny aldehydowiec z różą i cytryną w rolach głównych, które wspiera paczula, ale tylko na tyle, by dać zaledwie cień swoich możliwości. Właściwie mogłabym je polecić każdemu, kto czuje irroracjonalną niechęć wobec aldehydów albo szyprów, żeby przekonał się, że ich współczesna interpretacje ma się nijak do ciężaru klasyków gatunku.

Chloe L’eau to zapach musujący świeżością. Różany szampan z akcentem cytrusów, czystości, świeżości i klasy. Na plażę kompletnie niedorzeczny, bo zbyt szykowny, ale do biura latem w sam raz. Stuprocentowe orzeźwienie w ciepłe dni dodatkowo z niebagatelnym urokiem.

JESIEŃ

Jesień była dla mnie powrotem do serii Miss Dior, a konkretnie do Le Parfum. Przekonałam się też do nielubianych przez lata zapachów od Narciso Rodrigueza - zwłaszcza For Her edp. Jeden energetyzował ciepłą ambrą i niepokojącym elementem balsamicznym, drugi okazał się najlepszym uspokajaczem świata, kiedy różne okoliczności podnosiły mi ciśnienie. Oba piękne, choć kompletnie różne i dedykowane zupełnie innym okazjom.

I co? I okazało się, że w For Her edp poza piżmem dominuje głównie róża, a mimo wszystko polubiłam i to nawet bardzo. To kolejny dowód na to, że naprawdę nie ma sensu zamykać się na nowe albo dotąd nielubiane.

ZIMA

Jak co roku zima należała do Thierrego Muglera. Jego zapachy zawsze świetnie sprawdzają się o tej porze roku. Nie po drodze mi z flagowymi hitami tego domu mody Angelem i Alienem, ale uwielbiam ich flankery. W zeszłorocznego Sylwestra towarzyszył Alien Eau Extraordinaire, w tegorocznego Womanity... a pod choinką znalazłam uwielbiany ogród Angela - Le Lys, który dawno zniknął z półek perfumerii, zyskując status unikatu. Nic jednak nie przebiło spektakularnego powrotu Innocenta w tym roku, który został wycofany i przywrócony do produkcji po 5 latach. To zdecydowanie mój muglerowy nr 1!

Porównując miniony rok do 2016 wiele się zmieniło. Dla mnie był to rok totalnej zmiany preferencji - od gourmandów, które niegdyś uwielbiałam do zapachów kwiatowych, względnie owocowo-kwiatowych. I fajnie. Zmiany są ciekawe i potrzebne.

Oby 2018 przyniósł jeszcze więcej pachnących wrażeń. I mi i Wam. Wszystkiego najlepszego. Dużo zdrowia, luzu, radości i miłości.



Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream

Zapach tegorocznych świąt...

Innocent. Historia tego zapachu zatoczyła koło i w 2017 roku zaczęła się od nowa. Innocent został wprowadzony do oferty zapachowej domu mody Thierry Mugler w 1998 roku, jako lżejsza wersja ówczesnego hitu Angel. Na początku nazywał się zresztą Angel Innocent, by po jakimś czasie oderwać się od protoplasty jako indywidualny byt, bo z klasycznym Angelem miał rzeczywiście niewiele wspólnego.

Wszystko było cudownie. Ci, do których nie trafił zabójczy Anioł mieli swojego Innocenta. Zapach dużo lżejszy, oparty na grze pralin z czarną porzeczką i czerwonymi jagodami, który stał mocno w cieniu popularności Angela, w niczym absolutnie mu nie zagrażając. Myślę, że wyniki sprzedaży także stały mocno w cieniu za innymi hitami zapachowymi Muglera.

W 2011 roku Mugler wylansował kolejny zapach z popularnej serii Angel - kometę, czyli Angela w wersji wody toaletowej. Toaletowy Anioł, poza charakterystyczną dla całej serii paczulą, był także, podobnie jak Innocent, połączeniem pralin z czerwonymi jagodami. Mając dwa podobne zapachy w ofercie, koncern podjął w 2012 roku decyzję o wycofaniu jednego z nich i trafiło właśnie na Innocenta, bo Angel jako „samograj” rynkowy z pewnością lepiej rokował finansowo.

Na szczęście dla Innocenta, u Thierrego trochę pozmieniało. Thierry Mugler zrezygnował z decyzyjności w kwestii oferty perfumowej na rzecz koncernu Clarins, któremu Thierry Mugler Parfums został wczesniej sprzedany... a Clarins poza zmianą logo zrewidowało również ofertę rynkową firmy. Skutek jest taki, że po kilku latach do produkcji wrócił Innocent. I całe szczęście dla takich, jak ja, którzy od Angela i jego rozlicznych flankerów trzymają się raczej na dystans.

Ktoś powiedział, że Innocent to zapach świąt Bożego Narodzenia. Nigdy się jakoś nad tym nie rozwodziłam, ale prawda jest taka, że intuicyjnie zaczęłam go szukać w perfumeriach właśnie w grudniu... I rzeczywiście ma w sobie jakąś magię, która kojarzy się ze świętami, choć najpiękniej - o dziwo, mimo nut - pachnie wiosną.

Innocent na pewno będzie towarzyszył mi podczas najbliższych świątecznych dni, tak, jak już to robi od dobrych dwóch tygodni. Pomału szykuję się na indywidualny rekord w kategorii „tempo zużycia flakonu”, bo przy obecnym rozmachu do wiosny raczej nie doczeka.

...I na koniec - zdecydowanie przygodę z zapachami Muglera polecam zacząć właśnie od niego. To najbardziej „ludzki” zapach tego domu mody. Zauważyłam też, że ci, którym nie po drodze ze wszystkimi innymi zapachami Muglera - dla Innocenta robią wyjątek. Jego po prostu trudno nie lubić;)

Życzę Wam cudownych i pachnących Świąt. Ciepła, cudownej atmosfery, przyjaźni i harmonii.

A czym będą pachnieć Wasze święta?

Specyfikacja:
Mugler Innocent, woda perfumowana
Premiera: 1998
Wycofany: 2012
Reaktywacja: 2017
Nuty głowy: mandarynka, bergamotka
Nuty serca: czarna porzeczka, migdał, czerwone jagody
Nuty bazy: bursztyn, białe piżmo i pralina
Twórca (nos): Laurent Bruyere



Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments