In fragrances Life mainstream nisza

O perfumeriach internetowych i replikach perfum...

Po raz kolejny, tym razem na stronie sprzedaży perfum na Facebooku, rozgorzała dyskusja na temat tego czy w perfumeriach internetowych są sprzedawane oryginały. Administratorzy po paru godzinach wyłączyli możliwość komentowania tego postu. Wcale się nie dziwię, bo u mnie - mimo, że nie jestem ambasadorką żadnej perfumerii internetowej - wystąpiła piana na ustach po przeczytaniu opinii domorosłych znawców, jakoby czołowa perfumeria internetowa handlowała podróbkami. Wiem, że temat był już odmieniany przez wszystkie przypadki, ale może jest potrzebny jeszcze jeden głos w dyskusji, żeby takie oskarżenia nie krążyły po sieci.

Argument: Zapach jest o 40% tańszy niż w perfumerii stacjonarnej, więc to musi być podróbka.

Oczywiście zdarzają się w internecie repliki perfum, ale nigdy na taką nie trafiłam, bo zaopatruje się w zaufanych perfumeriach internetowych. Korzystałam z oferty kilku i od żadnej nigdy nie zdarzyło mi się dostać nieoryginalnych perfum.

A dlaczego w perfumeriach internetowych jest taniej? Bo w ich przypadku odpadają gigantyczne koszty utrzymania, jakie ponosi perfumeria stacjonarna, jak wynajem powierzchni w galeriach handlowych, zatrudnianie dwóch zmian personelu i opłaty eksploatacyjne... A nie muszę mówić, że i te ostatnie potrafią „dać po kieszeni”, bo każdy sklep perfumerii sieciowej używa trzy razy za mocnego oświetlenia, które zresztą perfumom nie służy, o czym możemy się przekonać wąchając nie raz zepsute testery.

Warto też pamiętać, że perfumerie internetowe sprzedają testery, czego nie wolno robić perfumeriom stacjonarnym. Każdą złotówkę zarobioną na sprzedaży otrzymanego gratis testera, perfumeria internetowa może zatem odjąć od ceny pełnowartościowego produktu tak, by była ona jeszcze atrakcyjniejsza.

Trzecia sprawa, że perfumeriom internetowym odpadają gigantyczne koszty marketingu. Poza jedną, nie inwestują w kosztowne reklamy telewizyjne, prasę kobiecą, katalogi insertowane do gazet czy materiały POS na terenie sklepu... i wszystkich ludzi, którzy przy tym pracują.

Argument: Zapach z perfumerii internetowej jest mniej trwały. To na pewno podróbka.

Zanim oskarżysz perfumerię internetową, która cieszy się świetną renomą o sprzedaż podrabianych perfum - przetestuj ten sam zapach w perfumerii stacjonarnej.

Prawda jest taka, że każdy producent prędzej czy później dokonuje tzw. reformulacji zapachu. Oznacza to mniej więcej tyle, że poza - często kosmetyczną zmianą składu - osłabia też parametry użytkowe perfum - trwałość i projekcję. To typowy „chwyt sprzedażowo-psychologiczny”... bo im krócej utrzymuje się zapach, tym częściej trzeba ponawiać aplikację. Tym samym szybciej zużywa się flakon i kupuje następny.

Dlatego, jeśli uda mi się kupić jakąś pierwszą wersję zapachu to nawet, jeśli okresowo go nie używam - nie sprzedaję tylko przechowuję we właściwy sposób „na czarną godzinę”, bo kiedy po latach zechcę do niego wrócić może się okazać, że nowa edycja pachnie... godzinę.

Reformulacji dokonuje 95% producentów perfum. Wśród nich chlubnym wyjątkiem - przynajmniej spośród mi znanych - jest właściwie tylko Chloe, bo na którąkolwiek edycję ich zapachów, zwłaszcza podstawowej linii, nie trafiłabym w perfumerii - jakość parametrów jest zawsze świetna.

Jak się ustrzec przed zakupem nieoryginalnych perfum?

Po pierwsze trzeba kierować się ograniczonym zaufaniem i czujnością co do ceny. Handel podrabianymi perfumami rozkwita głównie na Allegro i OLX, choć pewnie była kiedyś perfumeria internetowa, która dopuszczała się tego procederu. W dobie internetu, gdzie każdy może wyrazić opinię - sprzedawcy oszukujący klientów szybko idą na dno, bo zła opinia nie znika z sieci. Opinie o perfumeriach można sprawdzić w każdej porównywarce cen, a o Allegrowiczu w jego komentarzach z przeprowadzonych transakcji.

Należy się też wystrzegać tzw. okazji. Tester perfum, który w perfumeriach internetowych kosztuje 350 zł, a na innej platformie sprzedażowej 120 zł na pewno nie jest oryginalny! Ponad 90% podróbek występuje właśnie pod postacią „testerów”, więc zawsze w przypadku zakupu testera należy zachowywać szczególną czujność... zwłaszcza, jeśli sprzedawca ma w asortymencie tylko testery. Tester jest dodatkiem do partii produktów handlowych zatem żadna z rzetelnych perfumerii nie będzie sprzedawać tylko testerów, bo to po prostu niemożliwe, żeby mieć testery bez pełnowartościowych zafoliowanych produktów.

Perfumerie internetowe są okay. Tak samo zresztą jak stacjonarne. Wybór opcji zakupu zależy tylko od zasobności portfela i preferowanej formy robienia zakupów. Perfumerie internetowe są na moje wielkie „tak” i w każdej dyskusji na ich temat będę bronić przynajmniej tych, które latami nie zawiodły mojego zaufania.

A Wy, gdzie najczęściej kupujecie perfumy?









Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Angels with dirty faces

Angel. To chyba jedyne perfumy, o których powiedziano już właściwie wszystko. Które skosiły z nóg rzesze co delikatniejszych nosów i podzieliły społeczeństwo na nienawidzących i kochających ten zapach. Bez opcji pośredniej. Trauma wielu wielbicieli gourmandów, którzy kupowali go w ciemno myśląc, że tafią na ideał czekolady... a w konsekwencji witał ich zapach zatęchłej piwnicy albo w najlepszym przypadku kamfory.

Angel Muglera w latach 2004-2006 był moim signature scent. Nie pamiętam ile zużyłam butelek, ale na pewno kilka. Uwielbiałam go. Był tak totalnie inny od wszystkich Escad czy Miss Dior Cherie, które były wtedy na topie, że naprawdę nietrudno było wybić się w jego towarzystwie z tłumu.

Po trzech latach miałam przesyt paczuli na sterydach i na baaardzo długo wykluczyłam go z kręgu zainteresowań. Czytałam jednak w międzyczasie z dużym zainteresowaniem recenzje Angela i byłam skłonna twierdzić, że 80% społeczeństwa trafiło na jego podróbki, skoro tylu recenzentów odnotowywało fakt, że pachnie miodem... Jaki miód, na litość?

Kiedyś i dziś...

Ostatnio wróciłam do Angela. Zakupiłam wersję z 2012 roku i rzeczywiście miodu jest tam tyle, że wylewa się uszami. Paczula nie straszy podmokłymi lochami, a po kamforze nie ma śladu. Z dawnego Anioła Śmierci, poniewierającego masowo zmysłami powonienia naprawdę wyrósł... Angel. Może o nieco brudnej twarzy, ale jednak. Reformulacja, pewnie nie jedna, która dotknęła go po drodze bardzo zmieniła ten zapach. Jest więc naprawdę spora szansa, że ktoś uczyni go „swoim Aniołem” w jego obecnej postaci. Jest bezpieczniejszy, słodszy i dla dotychczasowych przeciwniczek na pewno bardziej noszalny.

Różne wersje i flankery

Angel ma chyba najwięcej wersji i flankerów (edycji pobocznych) ze wszystkich znanych mi perfum. Łącznie z wersją podstawową jest ich 46! Robi wrażenie, prawda? Niektóre były seriami limitowanym i zaprzestano ich produkcji (Aqua Chic, Sunessence, Graden of stars), a niektóre mają kontynuację do dziś.

Kontynuowaną edycją flankerów jest Angel Eau Sucree. Co roku do jego rodziny dołącza kolejny egzemplarz z podobnymi składnikami, a przy nazwie zmienia się tylko rok produkcji. Następną serią, która z dużym prawdopodobieństwem będzie miała ciąg dalszy jest edycja w ozdobnych etui - Arty Cases... No, i oczywiście Angel Muse!

Moje Anioły

Moimi ulubieńcami od Muglera są Womanity, Alien Essence Absolue i Innocent. Angele jakby trochę mniej. Posiadam w kolekcji trzy i myślę, że jakoś ta linia Muglera nie będzie się u mnie szczególnie rozrastać.

Ubóstwiam niestety już nieprodukowanego Angela Le Lys z serii Garden of stars, który nosi najwięcej znamion starego, dobrego Angela, podanego jednak w przystępnej formie. Ciężar gatunkowy klasyka sprzed reformulacji osłabiła tu lilia, która - co ciekawe, w zderzeniu z takim ewenementem jak Angel, wcale nie kojarzy się cmentarnie.

Wdzięczną i lekką alternatywą Angela jest edycja Eau Sucree, która - choć początkowo za bardzo wręcz narzuca się czerwonymi jagodami - nosi się lekko i nieinwazyjnie. Gdyby nie charakterystyczny kształt gwiazdy, w życiu nie pomyślałabym, że to Angel. Zakładam więc, że może trafić w gusta osób, którym z klasykiem wybitnie nie po drodze.

Lubię Angele. Potrafię zrozumieć ich fenomen. Nie dziwię się tysiącom recenzji i skrajnym opiniom. Czego by o Angelu nie pomyśleć - w 1992 roku, roku premiery, był odwagą na miarę dekady albo nawet ćwierćwiecza. W starciu z królującymi wówczas zapachami kwiatowymi, z nieśmiertelnymi mimozą i ylang ylang na czele, po prostu porwał tłumy do wyrażania skrajnych uczuć... wobec perfum.

A Wy, lubicie Angela?





Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream

2017 perfumowo - moje podsumowanie

Koniec roku zawsze skłania do podsumowań. Fajnie jest spojrzeć wstecz na całe 12 miesięcy i uświadomić sobie, że minęły kolejne 365 dni, które przyniosły nowe doświadczenia i wiedzę o sobie, nawet jeśli nie zawsze było różowo.

Perfumowo ten rok był dla mega ciekawy, przetestowałem morza próbek, poznałam sporo unikatów wycofanych z produkcji i przejechałam się na reaktywowanym L’Instant Magic Guerlaina, który odarto z magii, jaką kiedyś posiadał. Jeśli zaś chodzi o premiery w mainstreamie anno domini 2017 - na pewno nie okazały się tak spektakularne, jak to wieściły ich kampanie reklamowe. I choć uważam za przyjemnie i Mon Guerlain, i Aurę Muglera, i Gabrielle Chanel, a nawet ulepne Because It’s You Armaniego to myślę, żadna z tych premier nie ma szansy wejść do kanonu sztuki perfumeryjnej.

Jak zatem podsumować rok 2017, jeśli żaden wylansowany w mijającym roku zapach nie zwalił mnie z nóg? Zrobię to po swojemu, czyli napiszę o moich osobistych hitach tego roku.

WIOSNA

Wiosna bardzo mnie zaskoczyła zapachowo, bo pokierowała mnie w rejon, którego dotąd nie lubiłam - róże. Jestem chyba jedyną osobą na świecie, która nie lubi zapachu róż, w perfumach szczególnie. Tymczasem moją wiosnę zdominowały zapachy różane - Chloe edp i Miss Dior Blooming Bouquet (choć ten drugi bardziej piwoniowo-różany). To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że każdy musi trafić na odpowiednie wyrażenie tej nuty w perfumach. Okazało się, że „moja róża” jest świeża i świetlista, raczej różowa niż czerwona.

Zważając na ich charakter - Chloe i Blooming Bouquet - to zapachy stworzone raczej z myślą o młodych kobietach. Ale ponieważ perfumy nie zaglądają nikomu w metrykę - nie ma sensu wtórować konwenansom. Moja wiosna dzięki nim była jeszcze piękniejsza i bardziej radosna... I myślę, że jeszcze nie jedną z przyjemnością spędzę w ich towarzystwie.

LATO

Lato stanęło u mnie pod znakiem następnego zapachu spod szyldu Chloe - L’eau de Chloe. To nowoczesny aldehydowiec z różą i cytryną w rolach głównych, które wspiera paczula, ale tylko na tyle, by dać zaledwie cień swoich możliwości. Właściwie mogłabym je polecić każdemu, kto czuje irroracjonalną niechęć wobec aldehydów albo szyprów, żeby przekonał się, że ich współczesna interpretacje ma się nijak do ciężaru klasyków gatunku.

Chloe L’eau to zapach musujący świeżością. Różany szampan z akcentem cytrusów, czystości, świeżości i klasy. Na plażę kompletnie niedorzeczny, bo zbyt szykowny, ale do biura latem w sam raz. Stuprocentowe orzeźwienie w ciepłe dni dodatkowo z niebagatelnym urokiem.

JESIEŃ

Jesień była dla mnie powrotem do serii Miss Dior, a konkretnie do Le Parfum. Przekonałam się też do nielubianych przez lata zapachów od Narciso Rodrigueza - zwłaszcza For Her edp. Jeden energetyzował ciepłą ambrą i niepokojącym elementem balsamicznym, drugi okazał się najlepszym uspokajaczem świata, kiedy różne okoliczności podnosiły mi ciśnienie. Oba piękne, choć kompletnie różne i dedykowane zupełnie innym okazjom.

I co? I okazało się, że w For Her edp poza piżmem dominuje głównie róża, a mimo wszystko polubiłam i to nawet bardzo. To kolejny dowód na to, że naprawdę nie ma sensu zamykać się na nowe albo dotąd nielubiane.

ZIMA

Jak co roku zima należała do Thierrego Muglera. Jego zapachy zawsze świetnie sprawdzają się o tej porze roku. Nie po drodze mi z flagowymi hitami tego domu mody Angelem i Alienem, ale uwielbiam ich flankery. W zeszłorocznego Sylwestra towarzyszył Alien Eau Extraordinaire, w tegorocznego Womanity... a pod choinką znalazłam uwielbiany ogród Angela - Le Lys, który dawno zniknął z półek perfumerii, zyskując status unikatu. Nic jednak nie przebiło spektakularnego powrotu Innocenta w tym roku, który został wycofany i przywrócony do produkcji po 5 latach. To zdecydowanie mój muglerowy nr 1!

Porównując miniony rok do 2016 wiele się zmieniło. Dla mnie był to rok totalnej zmiany preferencji - od gourmandów, które niegdyś uwielbiałam do zapachów kwiatowych, względnie owocowo-kwiatowych. I fajnie. Zmiany są ciekawe i potrzebne.

Oby 2018 przyniósł jeszcze więcej pachnących wrażeń. I mi i Wam. Wszystkiego najlepszego. Dużo zdrowia, luzu, radości i miłości.





Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream

Zapach tegorocznych świąt...

Innocent. Historia tego zapachu zatoczyła koło i w 2017 roku zaczęła się od nowa. Innocent został wprowadzony do oferty zapachowej domu mody Thierry Mugler w 1998 roku, jako lżejsza wersja ówczesnego hitu Angel. Na początku nazywał się zresztą Angel Innocent, by po jakimś czasie oderwać się od protoplasty jako indywidualny byt, bo z klasycznym Angelem miał rzeczywiście niewiele wspólnego.

Wszystko było cudownie. Ci, do których nie trafił zabójczy Anioł mieli swojego Innocenta. Zapach dużo lżejszy, oparty na grze pralin z czarną porzeczką i czerwonymi jagodami, który stał mocno w cieniu popularności Angela, w niczym absolutnie mu nie zagrażając. Myślę, że wyniki sprzedaży także stały mocno w cieniu za innymi hitami zapachowymi Muglera.

W 2011 roku Mugler wylansował kolejny zapach z popularnej serii Angel - kometę, czyli Angela w wersji wody toaletowej. Toaletowy Anioł, poza charakterystyczną dla całej serii paczulą, był także, podobnie jak Innocent, połączeniem pralin z czerwonymi jagodami. Mając dwa podobne zapachy w ofercie, koncern podjął w 2012 roku decyzję o wycofaniu jednego z nich i trafiło właśnie na Innocenta, bo Angel jako „samograj” rynkowy z pewnością lepiej rokował finansowo.

Na szczęście dla Innocenta, u Thierrego trochę pozmieniało. Thierry Mugler zrezygnował z decyzyjności w kwestii oferty perfumowej na rzecz koncernu Clarins, któremu Thierry Mugler Parfums został wczesniej sprzedany... a Clarins poza zmianą logo zrewidowało również ofertę rynkową firmy. Skutek jest taki, że po kilku latach do produkcji wrócił Innocent. I całe szczęście dla takich, jak ja, którzy od Angela i jego rozlicznych flankerów trzymają się raczej na dystans.

Ktoś powiedział, że Innocent to zapach świąt Bożego Narodzenia. Nigdy się jakoś nad tym nie rozwodziłam, ale prawda jest taka, że intuicyjnie zaczęłam go szukać w perfumeriach właśnie w grudniu... I rzeczywiście ma w sobie jakąś magię, która kojarzy się ze świętami, choć najpiękniej - o dziwo, mimo nut - pachnie wiosną.

Innocent na pewno będzie towarzyszył mi podczas najbliższych świątecznych dni, tak, jak już to robi od dobrych dwóch tygodni. Pomału szykuję się na indywidualny rekord w kategorii „tempo zużycia flakonu”, bo przy obecnym rozmachu do wiosny raczej nie doczeka.

...I na koniec - zdecydowanie przygodę z zapachami Muglera polecam zacząć właśnie od niego. To najbardziej „ludzki” zapach tego domu mody. Zauważyłam też, że ci, którym nie po drodze ze wszystkimi innymi zapachami Muglera - dla Innocenta robią wyjątek. Jego po prostu trudno nie lubić;)

Życzę Wam cudownych i pachnących Świąt. Ciepła, cudownej atmosfery, przyjaźni i harmonii.

A czym będą pachnieć Wasze święta?

Specyfikacja:
Mugler Innocent, woda perfumowana
Premiera: 1998
Wycofany: 2012
Reaktywacja: 2017
Nuty głowy: mandarynka, bergamotka
Nuty serca: czarna porzeczka, migdał, czerwone jagody
Nuty bazy: bursztyn, białe piżmo i pralina
Twórca (nos): Laurent Bruyere




Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Sukienka od Guerlaina

Mówi się, że idealna kolekcja ubrań kobiety powinna zawierać cztery niezbędniki. Dobrze skrojone dżinsy, białą koszulę, stonowaną kolorystycznie marynarkę i „małą czarną”. W garderobie zapachowej powinno być podobnie - dyskretna klasyka na co dzień, niezobowiązujący zapach na weekend i coś na wieczór. Z myślą o tej ostatniej okazji Guerlain kilka lat temu stworzył La Petite Robe Noire, czyli „małą czarną”, która na tle oferty zapachowej firmy miała być właśnie kompozycją do koktajlowej sukienki. Czy tak jest?

La Petite Robe Noire kupiłam dawno temu tylko na podstawie nut zapachowych, bez wcześniejszych testów. Na szczęście niewiele ryzykowałam, bo Guerlaina cenię za większość jego oferty zapachowej, nawet jeśli mi z nią osobiście nie po drodze. Począwszy od jego "upiornych szyprów" z pierwszej połowy ubiegłego wieku, na ostatnim hicie - Mon Guerlain - kończąc... I tak, La Petite Robe Noire weszła na moją półkę, w dodatku od razu kategorii top 10. Wiem, że będzie na niej zawsze, niezależnie od mód, które przychodzą i odchodzą oraz skrętów gustu w różne rejony zapachowe. Dlaczego? Bo to po prostu bardzo dobry zapach. Choć myślę, że przeciwników ma tylu, ilu miłośników.

La Petite Robe Noire jest słodka, ale bardzo daleko jej do banału. Wszystko przez dymny akcent, który sprawia, że mimo dość infantylnych nut "mała czarna" jest kompozycją ambitną i nie dla każdego.

Czytając skład zapachu trudno oprzeć się wrażeniu, że z połączenia wiśni, wanilii, lukrecji i fasoli tonka wyszła kompozycja skierowana do mas, która powszechnie się podoba. Nic bardziej mylnego. Właściwie trudno znaleźć mi w otoczeniu osobę, która zna ten zapach, a jeszcze trudniej taką, która go lubi.

Otwarcie to wiśnie i czerwone jagody w kadzidlanej oprawie. Po jakimś czasie dym znika, a czerwone owoce stopniowo ustępują miejsca innym graczom w bardzo bogatej ferii nut. Na ciepłej bazie wanilii i lukrecji, jak w kalejdoskopie pojawiają się migdały, róża i fiołek-morderca doskonale znany z Insolence edt tej samej marki...I tak, jak fiołki od Guerlaina są jedynymi, które drażnią mnie niemiłosiernie - w tej kompozycji nie mają morderczych zapędów, bo doskonale wyhamowały je inne nuty.

La Petite Robe Noire to jedna z najciekawiej rozwijających się kompozycji, jakie posiadam. Ani przez moment nie jest jednostajna i męcząca... bo po prostu nie zdąża sobą zmęczyć ze względu na zmienność i bogatą ewolucję. Na pewno też nie jest zapachem, który ślepym pędem-trendem przywdzieją wszyscy. Może tłumaczy to fakt, dlaczego w ciągu ponad 5 lat od premiery czułam ją tylko raz.

„Mała czarna” Guerlaina bardzo często porównywana jest z Lolitą Lempicką. Moim zdaniem, choć oczywiście mają wiele wspólnych nut - La Petite Robe Noire jest ciekawsza i bogatsza. To wyniesiona na wyższy poziom wariacja na temat anyżu, lukrecji i wiśni, doskonalsza i bardziej wyrafinowana.

Czy jednak jest moim pierwszym wyborem do „małej czarnej”? I tak i nie. Nie jest to zapach jednoznacznie elegancki, ale nie jest też stricte dzienny. To bardziej propozycja na elegancki luch niż wieczorną premierę w teatrze. I co oczywiste - przy wiodących nutach, elegancki luch jesień i zimą.

A Wy widzicie La Petite Robe Noire, jako towarzyszkę „małej czarnej”?

Specyfikacja:
La Petite Robe Noire, woda perfumowana
Premiera: 2012
Nuty głowy: bergamotka, migdał, czereśnia i czerwone jagody
Nuty serca: róża, herbata, róża z taif, lukrecja
Nutami bazy: anyż, fasolka tonka, wanilia, paczula i irys
Trwałość: 5/6
Projekcja: 3/6
Twórca (nos): Thierry Wasser



Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Tytani trwałości

Każdy, kto inwestuje w perfumy marek luksusowych, chciałby, żeby ich cena szła z parze z jakością. Chodzi tu głównie o parametry, czyli trwałość i projekcję - wyczuwalność zapachu z odlegości. Jak się okazuje wydanie kilkuset złotych na flakon perfum wcale nie jest gwarancją tego, że będą one spełniały wysokie wymagania użytkowe... Bo są takie zapachy wśród perfum marek luksusowych, które pachną godzinę, i takie, których nikt nie ma szansy od nas poczuć, bo mają bliskoskórną projekcję. Utopienie całkiem sporych pieniędzy w perfumach, które kompletnie nie spełniają stawianych im wymagań jest frustrujące. Na jakie zapachy zatem postawić, żeby nie zawieść się ich parametrami?

Jeśli chodzi o kategorie zapachowe najwięcej trwałych perfum jest wśród zapachów z dominującą nutą wanilii. Również perfumy szyprowe - te dawne i klasyczne mają opinię tytanów trwałości, choć dziś mało kto sięga po takie kompozycje, jak Aromatics Elixir Clinique, Knowing od Estee Lauder czy Magie Noire Lancome.

Niezmordowanych zawodników w kategorii trwałość można znaleźć w każdej półce cenowej. Zarówno wśród zapachów za kilkadziesiąt złotych (sporo zapachów z oferty Britney Spears), po perfumy butikowe za ponad tysiąc złotych (np. Toma Forda).

Poniżej kilka przykładów perfum o wyjątkowej trwałości. Być może będą dla Was wskazówką, w co zainwestować, by nie mieć poczucia straconych pieniędzy.
Versace, Crystal Noir

Większość perfum od Versace słynie z dobrej trwałości, jednak na ich tle to Crystal Noir wygrywa bezkonkurencyjnie, jako długodystansowy lider. Zarówno wersja wody perfumowanej, jak i toaletowej mają świetną trwałość. Jeśli zatem lubicie połączenie gardenii i kokosa, lekko doprawionych przyprawami na bazie żywicy bursztynowej i piżma - nie ma się nad czym zastanawiać:)

Christian Dior, Miss Dior Le Parfum

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mają taką moc! Dla mnie są trochę, jak druga skóra, więc często ich nie czuję - za to otoczenie, jak się okazuje - nawet bardzo. Ponoć nie tylko wypełniły sobą całe pomieszczenie, w którym przebywałam (wcale nie małe), ale było je czuć jeszcze kilka godzin po moim wyjściu.

Ostatnio trafiłam na kanał pewnej vlogerki, która nazwała je „perfumami dla starych bab”. No, cóż - łatwe na pewno nie są, ale ja starą babą nie jestem, a mimo wszystko z upodobaniem je noszę.

Thierry Mugler, Alien Essence Absolue


Zapachowa petarda! Użyłam ich kiedyś o 7 rano i wybrałam się w służbową 3,5-godzinną podróż. Kiedy zdjęłam kurtkę na miejscu - ponoć wypełniły sobą cały 30-metrowy pokój... i pierwsze pytanie, jakie otrzymałam od kontrahenta wcale nie było służbowe. Zapytał właśnie o nazwę moich perfum.

Wersja o żółtym kolorze płynu z nowym logo Mugler (już bez imienia Thierry w logotypie) nie jest jednak aż tak trwała, jak stara.

Chloe, Chloe woda perfumowana


Zapach na wiosnę i lato, choć przez niektóre z Was stosowany niezależnie od dnia i miesiąca w kalendarzu. Mam z nimi podobnie, jak z Miss Dior Le Parfum - nie czuję ich, choć otoczenie owszem i to bardzo. Zapach niekoniecznie lubiany, a przez silną projekcję i trwałość migrenogenny. Ja jednak chętnie je noszę, choć już nie do pracy po tym, jak kilka osób w moim otoczeniu zawodowym bardzo przez nie cierpiało.

Marc Jacobs, Decadence


Jak to najczęściej bywa z zapachami zimowymi - są zabójczo trwałe. Można w ich towarzystwie spędzić dobre 8 godzin, a czasem nawet więcej. Decadence sprzyjają niskie temperatury i właśnie w mrozy trzyma się „nosicielki”, jak szalona. Kiedy użyłam ich kiedyś przy temperaturze około 10 stopni na plusie, trwałość nie była już tak imponująca.

Paco Rabanne, Olympea

To moje własne osobiste zaskoczenie! Olympea wydawała mi się zawsze zapachem dyskretnym, a któregoś dnia zostałam za nią skomplementowana... po 9 godzinach od aplikacji.

Tak, jak Decadence służą niskie temperatury, tak Olympei wiosenna aura. W zimę rzeczywiście jest bardziej dyskretna, ale kiedy temperatura zaczyna przekraczać 15 stopni, czuć ją wszędzie.

Burrbery, Brit

Zarówno wersja wody perfumowanej, jak i toaletowej są nie do zdarcia. W kontekście innych zapachów od Burberry, które mają raczej przeciętne parametry - ta seria naprawdę się wyróżnia. Brit zawsze jest wyczuwalny przez „osoby trzecie”, a co najciekawsze - w mojej całej zapachowej drodze - to właśnie ta seria zebrała najwięcej pozytywnych komentarzy otoczenia.

Do rodziny Brit dołączyła kiedyś limitowana edycja Brit Red. To dopiero był tytan! Nie przepadałam za nim, więc za każdym razem przeżywałam prawdziwe 10-godzinne męki w jego towarzystwie, bo tyle czasu mniej więcej mijało zanim zaczynał gasnąć. Oddałam go kilka lat temu przyjaciółce, która ma go chyba do dziś... bo przy takiej sile rażenia trudno go szybko zużyć.

Jean Paul Gaultier, Classique Intense

Nie lubię tej edycji Classique, dlatego myślałam, że oszaleje, kiedy wylałam na siebie 1 ml o wiecznej trwałości. Jaśmin, który uwielbiam w perfumach, w tym wydaniu przyprawiał mnie o ból głowy przez dobre kilka godzin. Myślę więc, że jest bardzo trwały, jednak często jest tak, że zapachy, których nie lubimy - czujemy szczególnie długo z prostego powodu: poczucie dyskomfortu trudno jest wyeliminować, dopóki nie wyeliminuje się przyczyny:)

Do trwałych zapachów należą też właściwie wszystkie zapachy Toma Forda (chyba tylko gorzej, choć wcale nie źle wypada na ich tle Velvet Orchid). Trwałe są też wody perfumowane Guerlaina, choć jeśli chodzi o projekcję (wyczuwalność przez otoczenie) bywa z tym różnie.

Jeszcze kilka lat temu świetne parametry miały zapachy Chanel. Po reformulacji pod koniec 2014 - wszystkie pozbawiono dobrych parametrów i dziś większość ma moc mgiełek do ciała albo co najwyżej wód toaletowych. Odarto też z mocarnych właściwości użytkowych hit dekady - La vie est belle od Lancome, dlatego jeśli kupiony teraz pachnie na Was 5-6 godzin i ma dyskretną projekcję, nie myślcie, że kupiliście podróbkę. Z parametrów zeszli też Mugler i Dior. Wyobrażacie sobie Angela, który teraz pachnie 5-6 godzin i w dodatku wcale nie tak natarczywie, jak kiedyś? Sprawdźcie nową wersję w perfumerii.

A Wy jakich tytanów trwałości możecie polecić?




Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream nisza relacje

Pasja czy nałóg?

Znalazłam ostatnio w internetach nikomu niepotrzebny kalkulator. Otóż liczy on w jak długim czasie Kim Kardashian zarobi moją pensję (KLIK). Wyniki są conajmniej depresyjne. Zwłaszcza, że jedna z nas skończyła kilka fakultetów, a druga zrobiła karierę gigantyczną dupą. Z drugiej strony - jestem ostatnio fanką życia w spokoju i za żadne pieniądze świata nie zamieniłabym go na włóczących się za mną facetów z aparatami. Coś za coś. Każdy tryb życia ma swoją cenę (i pensję:))

W każdym razie informacja o zarobkach Kim Kardashian przedstawia się następująco: w ciągu minuty zarabia na flakon luksusowych perfum, a całe 2 do 3 minut pracy umożliwiają jej kupno największej pojemności Xerjoffa. Nieźle, prawda? Przelicznik minut jej pracy na flakony perfum, który narzucił mi się absolutnie naturalnie trochę mnie przestraszył... Czy to już uzależnienie? I kiedy właściwie zaczęłam liczyć wszystko butelkami perfum? Myśląc nad tym zaczęłam zastanawiać się czy od kupowania perfum można się w ogóle uzależnić? Odpowiedź brzmi tak.

W toku mojego życia poznałam wielu pasjonatów i kolekcjonerów materii przeróżnej z kolekcjonerami perfum na czele. Czasem ich zachowanie budziło we mnie obawę, że pasja przestała być w ich przypadku pasją, a stała się uzależnieniem.

Zaczyna się zwykle niewinnie. Zapisujesz się na forum tematyczne o perfumach. Tam czytasz o czyichś fascynacjach czy zakupach i nagle pragniesz to mieć, bo opisy i recenzje innych pasjonatów są sugestywne i bardziej zachęcające niż 1000 reklam razem wziętych. Im dłużej siedzisz na forum, tym bardziej wydłuża się Twoja lista „chcę”. Póki lista pragnień się wydłuża, ale w sposób kontrolowany - dopisujesz do niej kolejne pozycje, ale kupujesz tylko wtedy, kiedy wiesz, że możesz sobie na to pozwolić to ok. Gorzej, jeśli kupujesz kosztem innych ważniejszych i bardziej potrzebnych rzeczy. Wtedy pasja staje się uzależnieniem.

Zakupoholizm perfumowy dotknął niejedną znaną mi osobę. Znajoma z netu, która czasem wpada mnie tu odwiedzić (pozdrawiam, jeśli to czytasz) ma nawet w opisie swojego profilu na jednym z portali cytat: „Z perfumami jest jak z alkoholem. Liczy się tylko kolejna flaszka”... I to najprawdziwsza prawda.

Ja też w pewnym momencie kupowałam za dużo i zbyt impulsywnie. Kompletnie nie pasujące do mnie zapachy mnożyły się, jak szalone zabierając przestrzeń życiową i coraz bardziej utwierdzając mnie w przekonaniu, że od swojego „tego jedynego zapachu” jestem o miliony lat świetlnych. Kiedy wzięłam się z tym wszystkim do kupy - nie mogłam domknąć portfela z powodu kolekcji dowodów nadania przesyłek. Przy 60-tym potwierdzeniu przestałam je liczyć, a pani z poczty już planowała zaprosić mnie na własny wieczór panieński.

Z impulsywnych zakupów świetnie mnie wyleczyło uświadomienie sobie co innego za te pieniądze mogłabym mieć. Przeliczanie wypalonych papierosów na oszczędności, jakie płyną z rzucenia palenia może nie działa tak bardzo na wyobraźnię, bo to jednak nie jest gigantyczny wydatek... ale przeliczanie flakonów perfum ma już sens.

Dobrym sposobem na kolekcjonowanie bez wpadania w ciąg intensywnych zakupów jest też rozkładanie wszystkiego w czasie. Pęd, który nakazuje mieć „teraz, zaraz” nie jest zdrowy w żadnej dziedzinie życia, tu też. Okazje uciekają, ale w ich miejsce zawsze pojawiają się nowe... I tu współczuję tym, których lista zakupowa perfum kończy się na jakiejś 450 pozycji. Wizja rozłożenia tego w czasie może doprowadzić do histerii:) Ale na szczęście niewiele znanych mi osób ma tak rozległe potrzeby.

Nic skuteczniej nie leczy też z chęci posiadania niż testowanie. Kiedy wydawało mi się, że czegoś bardzo chciałam - wystarczyło zakupić od dobrej duszy 10 ml perfum odlanych z jej flakonu, żeby przy ósmym przekonać się, że już tak bardzo tego nie chcę, więcej - zapach przestał mi się nawet tak bardzo podobać.

W moim przypadku kolekcjonowanie perfum jest od pewnego czasu racjonalne. Dużo testuję, długo się zastanawiam, a jak łapie mnie obsesyjna myśl, że muszę coś mieć to przesypiam się z nią kilka nocy. Jeśli mimo upływu czasu nadal tego chcę - kupuję. Wtedy jest szansa, że nie zakumpluję się ponownie z panią z poczty przesyłając dalej „niekontrolowany impuls zakupowy”.

A czy Wam zdarzyło się wpaść kiedyś w prawdziwy nałóg kupowania w ilościach nieprzyzwoitych rzeczy, które kochacie lub kolekcjonujecie?






Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream

Perfumy idealne na jesienny deszcz

Pogoda za oknem bardzo często sprzyja sięganiu po określone zapachy. Wybór determinuje nie tylko nastrój, ale i to, że pewne typy perfum lepiej i pełniej pachną w konkretnych porach roku. Tak, jak wszystkie cytrusowe i kwiatowe kompozycje rozkwitają w pełni lata - jesień i zima sprzyjają „orientom” i gourmandom. Ostatnio też przekonałam się, że pewne zapachy fantastycznie pachną w czasie jesiennego deszczu. Nie to, żeby bez niego pachniały źle... Ale ich klimat doskonale współgra z tym, co za oknem, a dodatkowo dzięki deszczowi rozwijają się pełniej i ciekawiej.

Moimi absolutnymi hitami na ostatnie szaro-bure morza deszczu za oknem są dwie różowe pozycje od Narciso Rodrigueza - for her edp i Poudree. Wyciszające, łagodne i kojące. Myślę, że śmiało można by o nich napisać, że to najdroższe tabletki uspokajające świata. Tak cichych, nieinwazyjnych i nie przeszkadzających światu perfum jest naprawdę niewiele. Do tego mają prawdziwą moc antystresową, a to jak rozwijają się i kwitną na skórze w deszczowe dni to po prostu poezja!

W obu pierwsze skrzypce grają piżmo i róża. W for her w sposób bardziej toaletowy, w Poudree - kremowy. Oba są bliskoskórne, delikatne i nie zaznaczają swojej obecności, wypełniając po brzegi zamknięte przestrzenie. Myślę, że jeśli ktoś nie podejdzie do mnie na odległość pół metra - nie ma szansy ich poczuć... Jednak jeśli miałabym zapaść w zimową hibernację z gatunku „obudź mnie, jak będzie słońce” to tylko z nimi. Zapewniają maksimum komfortu, choć myślę, że nie każdemu będą się podobać, albo przynajmniej nie od razu. Do perfum Narciso Rodrigueza trzeba dojrzeć. Ja do nich dojrzewałam latami, a przez pierwszych kilka małam je w top of the top zapachów najbardziej nielubianych:) Zdecydowanie więc odradzam w ich przypadku zakup w ciemno.

Nie przepadam za Candy Prady. Aromat przepalanki cukrowej w tym zapachu nieodłącznie kojarzy mi się z czasami, kiedy karmelizowane cukru na patelni było popularnym sposobem zaprawiania spirytusu w celach degustacyjnych. Omg, czy ktoś jeszcze to pamięta czy tylko ja jestem taka stara?!:) Cukrowej Candy mówię więc stanowcze nie. Co innego jej toaletowej wersji - Candy L’eau. Tę absolutnie uwielbiam, zwłaszcza teraz, kiedy wszystko tonie w błocie i zimnym deszczu.

Oczywiście w wersji L’eau czuć pokrewieństwo z klasykiem. Jest i cukier, ale tu bardzo fajnie wkomponowany w główne nuty pachnącego groszku i benzoesu. To kolejny zapach, po kompozycjach Rodrigueza, który jest cichy, nieinwazyjny i idealny na jesienne wyciszenie. Poprawia nastrój, ale nie narzuca się mocą. Fajny towarzysz na smutek za szybą, który niestety znika w zastraszającym tempie, bo trwałością nie grzeszy. Na szczęście można go kupić w na tyle atrakcyjnej cenie, że relacja inwestycji do jakości wychodzi jednak finalnie na plus.


Ostatni zapach, który doskonale wkomponowuje się w deszczową aurę jest zupełnie inny niż wcześniejsze. Tamte ciche i intymne - ten krzyczy i nie pozwala się nie zauważyć. Alien Essence Absolue, czyli zapach-dynamit. W czasie 3 sekund od aplikacji winduje powieki na poziom górskiego szczytu. Espresso nie rozbudza nawet w połowie tak dobrze, jak on. Nie będę się się nad nim szczególnie rozwodzić, bo już napisałam o tym flankerze Aliena tu (—>klik). Powiem tylko tyle - to megamoc i moja tajna broń masowego rażenia na jesienne „nie wiadomo co” za oknem. Tytan trwałości i projekcji. Wypełnia sobą zamknięte przestrzenie, skupia uwagę i tak samo irytuje, jak uwodzi. Nawet nie wiem, kiedy wyrwał mi Panterę (La Panthere Cariera) z niezachwianej pozycji signature scent i sam się ja niej uplasował. Alien Essence Absolue najlepiej pachnie w dwóch pogodowych odsłonach - w ciepłe lato i właśnie podczas jesiennej szarugi i deszczu.


Te cztery zapachy to ostatnio mój podręczny arsenał do walki ze strugami deszczu płynącymi po szybach. I choć nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w kwestii ulubieńców na tę pogodę (albo raczej niepogodę) - te z pewnością pozostaną na mocnych pozycjach... Ostatnio zwracam honor wszystkim nielubianym przez lata kompozycjom Rodrigueza, więc pewnie niebawem dołączy to czwórki ulubieńców jeszcze for her w wersji wody toaletowej.



Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances Life mainstream nisza praca relacje

Luzujemy i pachniemy:)

Długo mnie tu nie było, bo zaliczyłam spektakularny spadek energii. Dopadła mnie jesienna bezczynność, która jest dla mnie typowa w okresach przejściowych. Odnotowuję wtedy poziom energii minus 500 i nieustannie walczę, żeby nie zasnąć w tramwaju albo na klawiaturze służbowego komputera. Inna sprawa, że temu deficytowi energii towarzyszy ostatnio spektakularny „nic-mi-nie-wychodzizm”. Spinam się, a to wróg wszelkich sukcesów i kreatywnych rozwiązań. Dlatego wszystko idzie mi, jak po grudzie, niczego nie mogę skończyć, a okoliczności sprzysięgają się przeciw mnie. Excele żyją własnym życiem, przesyłki pocztowe pokonują trasę z szybkością transportu kołowego z Chin, przelewy wracają, systemy się zawieszają, tramwaje psują... Koty też mi się ostatnio popsuły i postanowiły mentalnie wrócić do czasu, kiedy nie ogarniały kuwety.



Witamina D działa na mnie jak tic tac, podobnie jak cztery kawy dziennie, więc widząc, że nie bardzo coś ze mnie będzie, jeśli chodzi o energię i nowe pomysły na bloga, zajęłam się porządkowaniem kolekcji i szukaniem zapachowego terapeuty, który da mi energetycznego kopa.



Otóż dopadł mnie ostatnio syndrom "nie mam się w co ubrać", który jest u mnie tak samo charakterystyczny w przypadku szafy, jak i półki z perfumami. W momentach nadmiaru doskonale rozumiem minimalistów. Posiadanie zbyt wielu przedmiotów rodzi chęć nabywania kolejnych, bez pochylania się nad indywidualnością i charakterem tych już posiadanych... I tak stając co dzień przed półką z perfumami, szłam w rezultacie po jakąś próbkę, bo "nie miałam się w co ubrać". Nadmiar przesłaniał mi możliwości, więc w myśl zasady, że "jeśli nie nosiłeś czegoś przez rok, to już do tego nie wrócisz" pożegnałam 1/4 kolekcji. Ufff, zrobiło mi się naprawdę lżej.



Zyskałam tym samym przestrzeń na coś nowego, a poszukiwania definiowałam krótko; "aromatyczny kop na jesienny spadek energii". Tadam! I znalazłam. Okazało się, że do wzrostu poziomu witalności były mi potrzebne pomarańcze. Co prawda nadal śpię z otwartymi oczami, ale przynajmniej jestem w stanie ogarnąć istotne kwestie ze względną jasnością umysłu i przyspieszyć tempo, a to już połowa sukcesu (gdyby nie „nic-mi-nie-wychodzizm” z pewnością było by o wiele lepiej:)).



Świeżość i świetlistość pomarańczy nie razi mnie w otoczeniu jesiennej szarugi, zwłaszcza, że większość kompozycji z udziałem kwiatów czy owoców pomarańczy, jakie posiadam zawiera w bazie ciepłe nuty, co czyni je idealnymi na jesień. Moje energetyczne typy na obecną aurę to Roberto Cavalli i woda toaletowa Poison Girl Diora - ta druga na wieczór. Wracam też do dawno nienoszonych Classique Gaultiera i Fleurs d'Oranger Serge’a Lutensa.



Jeśli więc szukacie zapachowego motywatora do ruszenia powiek z pozycji opadu na dolne rzęsy, polecam Waszej uwadze pomarańcze... I względny luz, bo zbytnie spinanie się pochłania masę energii mega potrzebnej podczas jesieni.



Kiedy już więc uporządkowałam kolekcję i znalazłam aromatyczną dawkę energii, pozostaje mi do odhaczenia punkt 3: więcej luzu! Bo i tak na pewne sprawy nie mam wpływu. So let it flow, bo im bardziej się starasz, tym bardziej Ci nie wychodzi. Czasem po prostu trzeba przestać się spinać, poleżeć i popachnieć:)









Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream nisza

Jak prawidłowo przechowywać perfumy?

Perfumy, jak każdy inny kosmetyk mają termin ważności i się psują. Rzadziej oczywiście psują się tym, którzy szybko je zużywają. Są jednak tacy wariaci, jak ja którzy mają więcej niż kilka flakonów, a wtedy o szybkie zużycie dość trudno. Poza tym - umówmy się - czasami zapachy się nudzą i idą w odstawkę na rzecz innych, czekając na lepsze czasy i wielki come back do czołówki ulubionych. Jak zatem ich nie stracić? To proste. Wystarczy przestrzegać paru zasad.

1. Nie należy przechowywać perfum w pomieszczeniach, gdzie panują tropikalne upały. Łazienka, zwłaszcza mała z szatańskim ogrzewaniem albo kuchnia (znam takich, którzy wpadli na pomysł trzymania perfum w kuchni) odpadają.

2. Intensywne oświetlenie także nie jest wskazane, jeśli chcemy dłużej cieszyć się zapachem. Chodzi zarówno o stawianie perfum w świetle słonecznym, jak i na oświetlonych półkach. Jeśli nie wierzycie wystarczy przypomnieć sobie ile razy trafiliście na zepsuty tester w perfumerii? Ja trafiam właściwie za każdym razem na jakiś zepsuty egzemplarz w perfumeriach sieciowych. Ale tam światła rzeczywiście operują, jak lampy podczas przesłuchań szpiegów w filmach sensacyjnych.

3. Różnice temperatur są tak samo zabójcze dla perfum, jak dwa pierwsze czynniki. Sporo osób wpada na pomysł, żeby przedłużyć żywotność perfumom, wstawiając je do lodówki czy chłodziarki (np. do win, którą można ustawić na optymalną dla perfum temperaturę przechowywania). Problem jest tylko w tym, że podczas wyjmowania, by z powrotem ich używać, fundują im szok termiczny. Zwłaszcza, gdy zostają uwolnione z lodówki w upalny dzień albo w środku zimy, gdy ogrzewanie działa pełną parą ustawione na najwyższą kreskę.

4. Zabieranie perfum w częste podróże to też nienajlepszy pomysł, choć wiele z nas uwielbia mieć ze sobą w torebce ulubiony zapach. W ten sposób także narażamy je negatywne działanie różnic temperatur (w zimie, gdy po spacerze na mrozie, wchodzimy do ciepłego pomieszczenia) lub na przegrzanie (podczas upałów). To samo zresztą dotyczy pozostawiania perfum w schowku pasażera w samochodzie (trudno uwierzyć, ale znam takie przypadki).

Jak zatem prawidłowo przechowywać perfumy? Jeśli masz więcej niż jeden flakon, a Twój zbiór zapachów można już nazwać kolekcją przez całkiem spore "k" to pamiętaj żeby:

1. Przechowywać je w pomieszczeniach, w których nie operuje silne ogrzewanie, a temperatury nie ulegają dramatycznym wahaniom. Ja na przykład przechowuję perfumy w sypialni, bo to jedyne pomieszczenie w moim domu, gdzie nigdy nie włączam ogrzewania (Spać w gorącu? Nigdy w życiu!... To chyba się nazywa przedwczesne klimakterium:)).

2. Nie pozostawiaj perfum w miejscach z dostępem do silnego światła - zarówno słonecznego, jak i sztucznego. W mojej sypialni perfumy mają raj, bo znowu - to jedyne miejsce, gdzie rolety w oknach są opuszczone 24/dobę 365 dni w roku, bo nie jest to pokój, w którym przebywam w ciągu dnia, więc o podciągnięciu rolet zapominam od lat.

3. Warto przechowywać perfumy w fabrycznych kartonikach lub w zamkniętych szufladach/szafkach, jeśli wyrzucasz kartonowe pudełka. Dotyczy to zwłaszcza perfum, które długo, czasami nawet latami, odkładamy na lepsze jutro i czekają na swoją kolej. To doskonale zabezpieczenie przed dostępem do światła i wysokich temperatur. Dzięki takiej praktyce perfumy, których rzadko używam przetrwały u mnie po 10 i 12 lat i nadal świetnie pachną, ale znam takich, którzy dzięki takiemu przechowywaniu cieszą się perfumami, które są starsze od nich... i niczego przez te 30 czy 40 lat im nie ubyło.

4. Jeśli chcesz nosić ulubiony zapach ze sobą - zainwestuj w podróżne atomizerki i przepsikuj do nich perfumy. Można je też odciągać bezpośrednio z butelek za pomocą strzykawki i kawałka gumowej rurki. Atomizerki do perfum można kupić bez problemu na aukcjach internetowych - zarówno te najtańsze plastikowe, jak i ozdobne w metalowych etui.

Stosowanie tych kilku zasad w 99% przypadków zapewnia perfumom długowieczność, która może sięgać nawet dekad. Oczywiście pozostaje zawsze 1% zapachów, które niezależnie jak przechowywane i tak się popsują czy wywietrzeją, bo ich jakość jest kiepska, jeśli chodzi o odporność na warunki zewnętrze. Takie zdarzają się nawet wśród topowych i drogich marek.



Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In fragrances mainstream

Alien Essence Absolue - zapach jesieni

Staram się nie rozgraniczać zapachów na pory roku i sama też rzadko stosuję się do dyktatu: świeże na lato, słodkie/ciężkie na zimę. Mimo wszystko trzymam się pewnego kanonu, zwłaszcza latem, ze względu na litość wobec otoczenia, ale po 17:00 we własnym domu wyznaję zasadę "dozwolone jest wszystko, na co mam ochotę". Są jednak zapachy, które stworzono tak adekwatnie do warunków atmosferycznych, że po prostu trudno je nosić w niewłaściwym dla nich czasie. Takim jest dla mnie Alien Essence Absolue. Typowy zapach jesieni.

Z Muglerem mam problem, bo właściwie wszystko, co wyszło spod jego szyldu podoba mi się... na innych. Mimo wielu eksperymentów z tą marką i ogromnego szacunku wobec jej nowatorstwa i oryginalności wszystkie zapachy Muglera wędrowały finalnie z mojej osobistej półki do nowych właścicielek. Zostały mi w efekcie tylko dwa. Jednym z nich jest właśnie Alien Essence Absolue.

Jaśmin mnie uwielbia (ze wzajemnością zresztą) i w każdych perfumach, które tę nutę zawierają staje się na mojej skórze dominantą, nawet jeśli dodano go w ilościach nanośladowych. Z tego względu seria Alien usiłowała popełnić mord na mojej filigranowej osobie, bo 400% jaśminu w jaśminie byłabym w stanie udźwignąć tylko w masce przeciwgazowej. Futurystyczny i zimny muglerowy jaśmin dał mi tak popalić, że przez lata omijałam serię Alien szerokim łukiem, dopóki nie trafiłam na Eau Extraordinaire (świetny letni flanker) i wreszcie Essence Absolue, którego dziś spokojnie mogę nazwać moim ulubionym "Muglerem".

Essence Absolue to połączenie najlepszego, co w serii Alien - bardzo charakterystycznego, zimnego, nieporównywalnego z żadnym innym jaśminu oraz wanilii. Ku radości psychofanów tych dwóch nut zapachowych (vide ja) stworzono z nich u Muglera duet idealny, który choć gra razem, nie zatraca swoich indywidualnych osobowości.

To, co zaskakuje w Alien Essence Absolue to dodanie do jego kompozycji mirry i kadzidła (jaśmin, zwłaszcza muglerowy, i kadzidło? Niezły hardkor), które mimo, że są w nutach bazy - najmocniej dają o sobie znać w otwarciu zapachu. Przez to początek może wydać się "niecodzienny", bo z tego połączenia wyszło coś na kształt dymu z palącej się fabryki syntetyków. Na szczęście po tym aromacie po 10 minutach nie ma śladu. A co pozostaje? Na początku, krystaliczny jaśmin, któremu wanilia skutecznie podcina tendencje do muglerowego chłodu. Po jakichś dwóch godzinach piękna wanilia połączona z ciepłą ambrą i drewnem kaszmirowym, co sprawia, że jadowity Alien zamienia się w idealny jesienny otulacz, który ogrzewa lepiej niż ciepły sweter.

Alien Essence Absolue to zapach zapamiętywalny i pioruńsko trwały. Szczególnie wersja sprzed reformulacji, która ma tendencję do tego, by szybko ciemnieć i przybierać kolor bursztynowy, sygnowana jeszcze przez Thierry Mugler. Wersja nowsza, poreformulacyjna z nieciemniejącym żółtym płynem i po rebrandingu marki (wskutek którego Thierry stał się samym Muglerem, a logo uległo zmianie) już tak trwała nie jest, choć to ciągle piękny zapach.

Komu spodoba się Essence Absolue? Na pewno fanom jaśminu i wanilii, nawet jeśli dotąd serii Alien unikali, jak ja. Śmiem bowiem twierdzić, że wśród Obcych ten, jako jeden z nielicznych - mimo swojego ciężaru gatunkowego - jest po prostu przyjazny... choć jak to z Muglerem bywa do końca łatwo nie jest:)

Specyfikacja:
Thierry Mugler/Mugler, Alien Essence Absolue, woda perfumowana
Premiera: 2012
Nuty głowy: jaśmin
Nuty serca: drzewo kaszmirowe, korzeń irysa
Nuty bazy: wanilia, biała ambra, mirra i kadzidło
Twórca (nos): Pierre Aulas
Trwałość: 6/6 (4/6 wersja po reformulacji)
Projekcja: 5/6 (3/6 wersja po reformulacji)




Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments